Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Richard Preston - "Strefa Skażenia"

Tytuł: Strefa Skażenia
Autor: Richard Preston
Data premiery: 18 lutego 2015
Wydawca: SQN
Liczba stron: 320
Moja ocena: 8/10

"Błyskotliwe połączenie literatury faktu z wstrząsającym thrillerem medycznym.

W sierpniu 2014 roku świat stanął na krawędzi zagłady. Epidemia eboli szybko opanowała najpierw Gwineę, a potem całą Afrykę Zachodnią. W krótkim czasie pojawiły się pierwsze ogniska choroby poza Czarnym Lądem. Migawki telewizyjne z miejsc objętych epidemią budzą grozę, ale prawda jest jeszcze bardziej przerażająca – ebola za każdym razem zbiera krwawe żniwo. W niewyobrażalnych męczarniach ginie około 90% zarażonych. Pó
źniej wirus znika i skrycie czeka, żeby móc ponownie zaatakować. Zabijać.


Strefa skażenia prezentuje burzliwą historię badań nad ebolą. Pierwsi zakażeni, drobiazgowe opisy przebiegu choroby, specjalistyczne laboratoria, ścieżki rozwoju wirusa i dramatyczne pomyłki, które mogły przypieczętować nasz los już dawno temu. Wcześniej udawało się zażegnać kryzys. Ale czy i tym razem, w obliczu kolejnego zagrożenia niepowstrzymanej pandemii, ludzkości się poszczęści?"

O Eboli każdy coś tam kiedyś słyszał. W zeszłym roku telewizja nie próżnowała, zewsząd byliśmy bombardowani informacjami o nowym, śmiertelnie groźnym wirusie, który sieje spustoszenie w krajach Afryki. Ludność europy nie przejęła się owymi wieściami, większość potraktowała to jako ciekawostkę, która w żadnym wypadku nie zagraża ich życiu. Jaka jest jednak prawda?

"Strefa Skażenia" to podróż przez historie eboli, bardzo skrupulatna zresztą - autor starał się zawrzeć każdy szczegół w bardzo dokładny sposób i dobrze mu to wyszło. Całość jest bardzo rzetelna, poszczególne części historii są dopasowane i tworzą dość przerażającą całość. Uczucie potęguje dodatkowo jeden fakt - wszystko to rzeczywistość, a nie fikcja literacka. Ebola to śmiertelnie niebezpieczny wirus, a autor serwuje nam dokładny opis jego ewolucji i działania, jednak wzbogaca czytelnika o coś jeszcze - świadomość zagrożenia, jakim dla ludzkości może być ten niepozorny twór. I właśnie to jest przerażające.

Wbrew temu, czego można by się spodziewać, książka ta nie jest pełna naukowego bełkotu i możliwie jak najtrudniejszych słów, wśród których przeciętny Kowalski zgubi się w przedbiegach. "Strefa" napisana jest przystępnym językiem, który daje jasny obraz tego, co składa się na ebolę - historia, specyfikacja, zagrożenie jakie za sobą niesie. Styl, którym posługuje się autor jest godny pochwały - w odpowiednich momentach stopniowo buduje napięcie, by potem przejść na bardziej naukowy ton, wyjaśniając zawiłości wirusa. Ponadto autor nie szczędzi czytelnikowi dość makabrycznych opisów, dla niektórych mogą być zbyt drastyczne, ale właśnie takie mają zadanie - wstrząsnąć czytelnikiem i pokazać mu, że niepozorne wirusy, na które nie zwraca uwagi, są śmiertelnie groźne. 

Całość dopełnia realność, która przebija się na każdej stronie. Bohaterowie, ich historie i same fakty o eboli są prawdziwe, nie są wytworami wyobraźni autora, jak zdążyłam przywyknąć, a ludźmi z
krwi i kości. Co za tym idzie, wszystkie przerażające informacje o eboli również są prawdziwe. Autor na każdym kroku to podkreśla - wirus jest realnym zagrożeniem dla ludzkości, nie jest to coś, co naukowcy sobie wymyślili. "Strefa Skażenia" to książka, która daje czytelnikowi wiedzę i świadomość zagrożenia. Po tej lekturze nikt nie będzie już tak obojętny na choroby i epidemie, które wybuchają w odległych krajach. Warto sięgnąć po tą pozycję, by dowiedzieć się czegoś więcej o czymś, co potencjalnie może być jednym z największych zagrożeń dla ludzkości.

Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu:


wtorek, 18 listopada 2014

Ellis Warren - "Wzorzec zbrodni"

Tytuł: Wzorzec Zbrodni
Tytuł oryginalny:  Gun Machine
Autor: Warren Ellis
Data premiery: 4 października 2014
Wydawca: SQN
Liczba stron: 296
Moja ocena: 6,5/10

"Tylko szaleniec może stawić czoła szaleńcowi
To miała być zwykła akcja nowojorskiej policji. Kiedy jednak ginie partner Johna Tallowa, a on sam odkrywa niepokojącą kolekcję broni w mieszkaniu 3A w starej kamienicy przy Pearl Street, otwiera się puszka Pandory...
Każdy pistolet i każdy karabin jest inny, nie ma dwóch takich samych egzemplarzy. Z każdej broni zabito jedną osobę, a z braku dowodów kolejne sprawy szybko umarzano. Teraz wszystkie zostają momentalnie wznowione, a zadanie ich rozwikłania spada na Tallowa, głównego sprawcę chaosu.
Intryga nabiera rozpędu, kiedy okazuje się, że makabryczna kolekcja zdaje się układać w przemyślany wzór…"


Warren Ellis pisarzem nie jest. A przynajmniej nie był i to z pewnością nie książkowym. Znany jest za to z szerokiej komiksowej działalności i to nie byle jakiej, bo pracował przy takich seriach jak m,in.: X-Men czy Wolverine. Jak widać komiksy wychodzą mu nie najgorzej, w tej kwestii nie ma wątpliwości (ww. tytuły zna chyba każdy), ale jak jest z książkami, których styl i sposób pisania różni się od komiksu? Ano właśnie mamy okazję się przekonać, bo "Wzorzec zbrodni" to właśnie jego książkowy debiut. Dodatkowo jest to bardzo dobrze zapowiadający się debiut, bo sam pomysł jest oryginalny i ciekawy - bronie układające się w tajemniczy wzór, który nosi niemal znamiona religijności. Z każdej z nich zabito jednego człowieka - temat idealny pod kryminał. 


Tak też lądujemy w świecie Johna Tallowa - policjanta, który własnie miał okazję zobaczyć mózg swojego partnera spływający ze ściany. Jest to człowiek wyobcowany, typ samotnika, który uwielbia czytać. W swojej pracy w większej mierze opierał się na partnerze - bez niego jest raczej miernym, niedocenianym gliniarzem. Cóż począł, kiedy go zabrakło? Usiłuje rozwiązać sprawę tajemniczego składu broni, który został odkryty w tej samej akcji, kiedy to zginął jego przyjaciel. I tak oto śledzimy świat oczami Tallowa, który do grona najsympatyczniejszych ludzi raczej nie należy.

Z drugiej zaś strony autor zaserwował nam coś nowatorskiego - narracja została podzielona, a oprócz tej standardowej - oczyma policjanta, mamy ukazany świat oczyma zabójcy. Ellis postanowił dać czytelnikowi wszystko na tacy - nie mamy tu pytań: kto zabił, lecz dlaczego to robi, co nim kieruje? To dość nowatorskie, jak już wcześniej wspomniałam, rozwiązanie sprawdziło się co najmniej dobrze we "Wzorcu Zbrodni". Czytelnik może obserwować zmagania przeciwnych stron - tej dobrej i tej nieco gorszej. Ciekawy jest również sam zabójca, bo wydaje się być nieco szalony, nie widzi świata takiego, jaki jest naprawdę, ale wszystko przeplata mu się z Manhattanem z czasów Indian.



" A ty, detektywie, zwyczajnie znalazłeś nowojorski adres samego Szatana, który teraz przeprowadził się gdzie indziej."

Z pozytywnych aspektów książki mamy również obrazowość narracji głównego bohatera. Tallowa jest dobrym obserwatorem, a autor z równą skutecznością przelewa owe obserwacje na papier, dzięki czemu otrzymujemy wizje dość przytłaczającą, bo mroczną i depresyjną stronę Nowego Jorku. Nie jawo się on jako miejsce przyjemne, ale jako betonowa dżungla pełna niebezpieczeństw, raczej nieprzyjemna i zawiła. Dobrym dodatkiem są krótkie wstawki z policyjnego radia - informacje o makabrycznych zabójstwach są nieco przerażające tym bardziej, że ich ilość jest dość znaczna. W połączeniu z cynizmem głównego bohatera, specyficznymi przyjaciółmi, solidną dawką przekleństw i czarnym humorem tworzy się ciężki klimat, który nadaje książce wyrazu - dość mrocznego i przytłaczającego, ale wciąż ciekawego i intrygującego.

Nic jednak nie jest idealne. "Wzorzec Zbrodni" nie spodobał mi się tak bardzo, jak myślałam, że to się stanie. Owszem, bohaterowie są dość ciekawie wykreowani, nie schematyczni i papierowi, ale coś kuleje przy fabule - a więc przy jednym z najważniejszych aspektu książki. Nie byłam w stanie wciągnąć się w całą historię, była raczej biernym obserwatorem, fabuła przelatywała gdzieś obok mnie. Irytowały mnie zastoje, które się zdarzały - było jakieś bum, bohater do czegoś doszedł, po czym wszystko jakby rozchodziło się po kościach, znów wracało powolne tempo całej historii i długie rozmyślania Tallowa. Przez to oryginalny pomysł nie wykorzystał swojego potencjału - cała historia jest raczej płytka i ciężka w odbiorze. Tutaj mogę zaznaczyć, że znacznie bardziej podobały mi się rozdziały z perspektywy zabójcy niż obrońcy prawa - Tallowa. Brak wartkiej akcji i wątków pobocznych również nie należą do pozytywnych aspektów. 

Kolejnym, największym chyba minusem, jest zakończenie, którego wyczekiwałam, bo byłam bardzo ciekawa, jak wreszcie to wszystko się skończy. I niestety tutaj bardzo się zawiodłam - jest ono szybkie, przewidywalne i raczej nic nie wnoszące. Zupełnie, jakby autorowi zabrakło pomysłu, czy też zwyczajnie nie chciało się pisać czegoś bardziej ambitnego na koniec. Finał był szybki i krótki, okraszony nędznym wytłumaczeniem motywów zabójcy - dokładnie taki, jakiego nie lubię.

"Wzorzec Zbrodni" ni jak nie mógł mnie wciągnąć, czytałam, czytałam, a tu większego zainteresowania brak. Powiedzieć, iż się zawiodłam, byłoby zbyt dużo, bo książka, mimo swoich mankamentów, wciąż posiada plusy - plastyczne opisy świata i ciekawi bohaterowie, a wszystko okraszone ciężkim klimatem wielkiego miasta, jednak nie do końca spełniła ona moje początkowe oczekiwania. Jak na debiut kogoś, kto do tej pory zajmował się komiksami, pozycja ta plasuje się i tak dość wysoko, warta jest przeczytania choćby ze względu na ciekawą kreacje Nowego Jorku. Może okaże się, że cała historia zafascynuje Was o wiele bardziej niż mnie? 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:


piątek, 17 października 2014

Mira Grant - "Blackout"

[źródło]
Tytuł: Blackout
Tytuł oryginalny: Blackout
Autor: Mira Grant
Data premiery: 27 sierpnia 2014
Wydawca: SQN
Liczba stron: 512
Moja ocena: 9/10

"Tylko jedna rzecz jest pewna: zawsze może być jeszcze gorzej
Kiedy w 2014 roku opracowywano lek na raka i skuteczną szczepionkę przeciwko grypie, nikt się nie spodziewał, że świat stanie na skraju zagłady. Po ćwierćwieczu walki o dawny świat, bez strachu o jutro, ludzkość wyszła na prostą. Wtedy też okazało się, że to nie zombie, a sam człowiek jest największym zagrożeniem.
Niespodziewany wybuch epidemii na Florydzie staje się kolejnym kamieniem milowym w spisku stulecia, a ekipa Przeglądu Końca Świata zostaje oskarżona o bioterroryzm. Sytuacja wymaga podziału grupy. Shaun wyrusza zbadać źródło zarazy, natomiast reszta udaje się do legendarnego hakera Małpy po nowe tożsamości. A do tego wszystkiego dochodzi tajemnica Obiektu 7c przetrzymywanego w tajnych laboratoriach CZKC…
Pozostało jeszcze tak wiele do zrobienia, a zegary nieubłaganie odmierzają czas do wielkiego finału. Czy młodym dziennikarzom wystarczy odwagi, żeby stawić czoła szalonym naukowcom, wytworom ich eksperymentów oraz pozbawionym sumienia agencjom rządowym?"



"Powstańcie, póki możecie."

Oto nadeszła ta chwila, moja przygoda z "Przeglądem Końca Świata" dobiega końca. Serię ową odkryłam dość niedawno, bo niedługo przed wakacjami i wciągnęła mnie bez reszty. Poszczególne tomy czytałam praktycznie hurtowo, więc nieco dziwnie się czuje wiedząc, że tak szybko zakończyłam całą serię i nie ma już do czego wracać, nie ma oczekiwania na następny tom. 
Ileż to czasu minęło, odkąd poznaliśmy Shauna i Georga uciekających na motocyklu przed zgrają zombie? Cały ich świat składał się z bloga i tykania nie-do-końca-umarłych patykiem, kiedy teraz od nich zależą losy całego świata. Niewyobrażalna odpowiedzialność. I niewyobrażalne kłopoty.
"Przegląd Końca Świata" to seria wyjątkowa i niepowtarzalna, dopracowana w niemal każdym szczególe. 
Druga jej część, mianowicie "Deadline", zostawiła czytelnika z opadniętą szczęką i pytaniami kłębioncymi się w głowie. Pani Grant nieźle namieszała i, jak już pisałam w recenzji drugiej części, przy "Blackout" będzie musiała się bardzo postarać, by wszystko wypadło logicznie i wiarygodnie.

"Kiedy masz wybór między życiem a śmiercią, wybierz życie.
Kiedy masz wybór między dobrem a złem, wybierz dobro.
Kiedy masz wybór między potworną prawdą a pięknym kłamstwem, zawsze wybieraj prawdę"

"Przegląd Końca Świata" to seria o bardzo wysokim jak i wyrównanym poziomie. Poszczególne tomy serwują nam dawkę przygód i trzymających w napięciu intryg. "Blackout" nie jest wyjątkiem, autorka snuje pajęcza sieć spisków politycznych połączonych w misterną pajęczynę. Bohaterów również nie oszczędza, rzuca ich w wir najgorszych kłopotów, jakie mogliby sobie wyobrazić. Wydawałoby się, że nie może być już gorzej, ale owszem, może. Po wybuchu epidemii na Florydzie strefa ta została odcięta od reszty kraju i spisana na straty. Kochane CZKC bardzo wygodnie zrzuciło winę na "Przegląd Końca Świata" co w konsekwencji zaowocowało uznaniem ich na bioterrorystów. Prze to muszą się ukrywać - wraz z doktor Abbey, nieco szaloną, ale genialną panią naukowiec. Nigdzie nie mogą być bezpieczni. Jednak nie zamierzają być bierni, postanawiają działać - cała ekipa rozdziela się, by sprostać innym zadaniom. 
Cóż, fabułę nieco trudno streścić tak, by nie psuć innym lektury spoilerami, Ktoś, kto przeczytał już drugą część na pewno zrozumie, jak bardzo szokująca i przepełniona akcją była, pozostałym nie będę psuła zabawy i ograniczę się do tak ogólnikowego zarysu  fabuły.

Mira Grant znana jest z rozbudowanej i bardzo realistycznej kreacji świata. Trzecia część serii nie odbiega od poziomem od wcześniejszych pod tym względem - świat przedstawiony wciąż zaskakuje swoją perfekcją i niesamowitą logiką. Kunszt autorki  w dopasowywaniu elementów świata tak, że nie można doszukać się choćby jednej nielogicznej rzeczy, jest naprawdę warty docenienia. 

Konsekwencją bardzo plastycznych i dokładne opisów niemal wszystkiego, co się wokół dzieje, co tworzy ten właśnie rozbudowany i realistyczny świat jest nieznaczne rozwleczenie akcji. Może inaczej: dla mnie nieznaczne, bo wiem, że spora grupa osób narzeka na rozwlekłą  fabułę.
Mi osobiście to nie przeszkadza, lubię dobrze wykreowany świat, w który mogę "wejść", jednak nie każdemu może to przypaść do gustu, gdyż preferuje szybką akcję



George. Shoun, Maggie, Mahir i inni członkowie Przeglądu Końca Świata, niezbyt się zmienili. Shoun może trochę dojrzał, zmieniły mu się priorytety i ogólne postrzeganie świata. Ogólnie bohaterowie od samego początku byli bardzo dobrze wykreowani i myślę, że nie potrzebna tu była ich wewnętrzna ewolucja i przemiana. Nie mamy tu do czynienia z ideą "hej, mamy po 16 lat, kochajmy się i chodźmy ratować świat, bo jesteśmy tacy wyjątkowi", jak to bywa w większości młodzieżowych książek. Tutaj bohaterowie są dorośli i obce im są irracjonalne zachowania, przy czym nie są idealni - popełniają błędy. "Przegląd Końca Świata" to jedna z niewielu książek, w której żaden z bohaterów nie przyprawia mnie o chęć mordu, a już na pewno jedyna, w której nikt mnie nie irytuje. Każda postać jest oryginalna, ma swoje przyzwyczajenia, dziwactwa i dziwne zachowania,ale w żadnym wypadku nie mamy tutaj powielanych schematów.Cięte komentarze i specyficzny humor postaci nadal pozostały bez zmian i wciąż świetnie wzbogacają jeżyk książki, która sam w sobie trzyma bardzo wysoki poziom. Mimo iż książka zawiera wiele aspektów z zakresu medycyny i wirusologi, to nie przeszkadza to w czytaniu. Autorka bardzo zwinnie wplata w dialogi pytania mniej "wyedukowanych" postaci, dzięki którym wszystko jest wytłumaczone w najbardziej przystępny sposób.




"(...) Jeśli otrzymacie kiedyś wysokie stanowisko, a wasze decyzje mogą zaważyć na całym społeczeństwie, konsultujcie się z sześciolatkami. Jeśli patrzą na was z przerażeniem w oczach i mówią, że do końca życia dostawać będziecie rózgi zamiast prezentów, zapewne czas na zmiany."

Kiedy pierwsza część serii ma za zadanie zapoznać czytelnika ze światem i postaciami, ostatniej przypadło chyba jeszcze trudniejsze zadanie - musi zamykać wszystkie wątki, spajać to, co dotychczas było niejasne i zapewnić finał, dzięki któremu czytelnik zapamięta serie na długo po tym, jak skończy ją czytać.
"Blackout" spełniło swoje zadanie, jako ostatniego tomu, dość dobrze. Wątki zakańczane są stopniowo, nie występuje tu zjawisko, gdzie w dwóch ostatnich rozdziałach wszystko domykane jest "na wariata". Jednocześnie wszystko nadal jest logiczne, nie ma dziwnych sytuacji, z których autor najwyraźniej nie wiedział jak wybrnąć. Pierwsza połowa książki dzieli akcję na dwie perspektywy, które potem łączą się w jedną całość i pozostają nieprzerwane do końca. Jak dla mnie nie stanowiło to problemu, w obu przypadkach fabuła była ciekawa i nie dłużyło mi się oczekiwanie na "wielkie spotkanie".
W natłoku powłóczących nogami zombie i intryg politycznych nie zabrakło miejsca na...wątki romantyczne. Jednak są one ukazane w sposób, który najbardziej lubię - nie są wyraźnie, nie znajdują się na pierwszym planie, a gdzieś w tle nie ingerując w fabułę. Na tym planie w trzeciej części autorka nieco nas zaskoczy. Nie chcę tu spoilerować, jednak myślę, że część czytelników (tak jak ja) domyślała się tego od 1 części, lecz znów - w postępowaniu postaci ten mały "aspekt" niczego nie zmienia.
Finał również przypadł mi do gustu, może tylko dalsze losy postaci, jak dla mnie, były nieco zbyt "spokojne", myślałam, że autorka bardziej namiesza im w życiorysie i zrobi jakieś "bum", ale usatysfakcjonowało mnie to, co dostałam.

 Mira Grant miała dość śmiałą wizję fabuły i widać, że udźwignęła ciężar własnych pomysłów, bo wszystko prezentuje się bardzo dobrze. Do osób zrażonych tematem zombie w książkach - nie lękajcie się! Książka nie samym zombie (nie) żyje, stanowią one tło, które ubarwia i komplikuje świat i naprawdę nie warto omijać tej świetnej pozycji tylko ze względu na umarlaki. 
A przeczytać naprawdę warto, serie tak dobrze napisane i o tak jednolitym poziomie trafiają się naprawdę rzadko, a "Przegląd Końca Świata" do takich rzadkości właśnie należy.
Z nieskażonym sumieniem mogę polecić tę książkę naprawdę każdemu, bo warto (przy okazji będziecie wiedzieć, jak zachować się w przypadku apokalipsy zombie!)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:

                                                                                                                                           Rose.

poniedziałek, 29 września 2014

Mira Grant - "Countdown"

Tytuł: Countdown
Tytuł oryginalny: countdown
Autor: Mira Grant
Data premiery: 30 czerwiec 2014
Wydawca: SQN
Liczba stron: 96
Moja ocena:  8/10

"Świat jaki znasz przestanie istnieć!
Jedyną nadzieją dla młodziutkiej Amandy Amberlee jest doktor Daniel Wells. Nastolatka cierpi na zaawansowane stadium białaczki, którą pokonać może tylko i wyłącznie Marburg EX19 – pierwszy na świecie skuteczny lek na raka, stworzony z jednego z najbardziej niebezpiecznych wirusów znanych człowiekowi. Wszystko wskazuje na to, że specyfik działa – dzięki doktorowi Wellsowi Amanda wraca powoli do normalnego życia. 
Jednocześnie w niezależnym laboratorium w Wirginii trwają zaawansowane badania nad szczepionką, która raz na zawsze miałaby uwolnić ludzkość od wirusa grypy. Nie każdemu jednak podobają się badania doktora Alexandra Kellisa. Grupa określająca się Armią Wybawienia włamuje się do laboratoriów naukowca, doszczętnie niszcząc dorobek jego życia. 
Tym samym wywołana zostaje reakcja łańcuchowa zwyczajnych zbiegów okoliczności i gry przypadków, której wynikiem już wkrótce będzie kres znanego świata.Tak wyglądał początek końca. Przeczytajcie o Powstaniu!"


"Przegląd Końca Świata" to rozbudowana trylogia osadzona w postapokaliptycznym świecie, gdzie powłóczące nogami zombie to chleb powszedni. Autorka postarała się o niesamowicie dopracowany świat, jednak nie wszystko da się opisać na kartach głównych części. Takim aspektem jest właśnie Powstanie, czyli czas, kiedy wszystko się zaczęło, a apokalipsa zbierała swoje największe żniwo.

"Countdown", jak łatwo można się domyślić, nie stanowi nieprzerwanej opowieści, to raczej zbiór opowiadań pisanych z różnych perspektyw na przestrzeni dość długiego czasu. Rozdziały opatrzone są datą, więc łatwo się zorientować, co, jak i gdzie. Wszystko dzieje się stopniowo, jedno wydarzenie napędza drugie, by w końcu połączyć się w zwartą i logiczną całość, która jasno pokazuje, jak wszystko się zaczęło.  
Mira Grant, zresztą jak zawsze, dopracowała wszystko. Wszystko jest tak logiczne, że aż przerażające. Czytając ma się wrażenie, że to wszystko może wydarzyć się za chwilę, bo w końcu to takie proste i oczywiste. Bum bum bum, jeden wirus, drugi wirus łączą się i bum bum bum, mamy zombie. Proste prawda? W świecie "Przeglądu Końca Świata" właśnie tak to wyglądało. 
Dodając do tego niezwykle plastyczne opisy i rozdziały z punktu widzenia samego wirusa (te wywarły na mnie chyba największe wrażenie) dostajemy spójną historię tego, co miało być zbawieniem ludzkości, a stało się jej zgubą.

Dla fanów owej trylogii, "Countdown" to naprawdę miły dodatek do historii Masonów i spółki. Cała nowelka stanowi świetne uzupełnienie tego, co już wiemy. Sprawia, że wszystko wskakuje na swoje miejsce, a wszelkie nieścisłości i niedopowiedzenia zostają rozwiane. Język trzyma poziom, akcja toczy się swoim tempem, a bohaterowie, choć niezbyt ważni, stanowią spójną całość z światem przedstawionym i przede wszystkim nie są tacy sami. 
Ogrom medycznych aspektów, jakie zdaje się zawierać w sobie książka, nie jest wcale przytłaczający. Autorka zna się na rzeczy i wszystko przedstawia w naprawdę przystępny sposób tak, by nikt, nawet ja, nie miał kłopotu z czytaniem i zrozumieniem, co w wirusie piszczy,

Choć nowelę można czytać jako osobną część, polecam ją raczej tym, którzy przeczytali choć "Feed", ale "Countdown" najlepszą lekturą będzie dla tych, którzy mają za sobą już dwie pierwsze części. Wtedy po prostu ma się większą wiedzę na temat tego, co się stało i "Countdown" tylko uzupełni braki w wiedzy.
Niemniej jednak, książka warta przeczytania, obiecuję, że nie pożałujecie czasu (krótkiego), jaki na nią poświęcicie!
                                                                                                                                                   Rose.
Recenzje książek z serii "Przeglądu Końca świata":
"Feed"
"Deadline"

środa, 6 sierpnia 2014

Jasper Fforde - "Ostatni Smokobójca"

Tytuł: Ostatni Smokobójca
Tytuł oryginalny: The Last Dragonslayer
Autor:  Jasper Ffrode
Data premiery:  20 lutego 2013
Wydawca:  SQN
Liczba Stron:  320
Moja ocena: 7/10

W starych dobrych czasach magia była potężna i niezastąpiona: pomagała obronić królestwo przed najeźdźcą i przeczyścić zatkany odpływ. Ale dzisiaj środek do udrażniania rur jest tańszy niż zaklęcie, a na latających dywanach rozwozi się pizzę. Splendor magii zanika, czarowanie powszednieje, bo i moce już nie te same…

Zupełnie niespodziewanie czarodziejów nawiedzają prorocze wizje, a wraz z nimi rośnie magiczna energia. Co z tym wszystkim ma wspólnego ostatni smok, którego śmierć przepowiedziano?

Odpowiedź na to pytanie znaleźć może jedynie nowo mianowany Smokobójca: nastoletnia Jennifer, która wkrótce ma się dowiedzieć, że z wielką mocą w parze idzie równie wielka odpowiedzialność. Dziewczyna w towarzystwie ukochanego Kwarkostwora wyrusza na przygodę swojego życia kuloodpornym rolls-royce’em, nie wiedząc, co na nią czeka za granicami Smoczych Ziem.


Moją sympatię do gatunku zwanego fantastyką można łatwo zauważyć przeglądając tegoż bloga. Jednak fantastyka to obszerny temat, zawiera w sobie mnóstwo zagadnień, ale ja upodobałam sobie właśnie smoki. Te mityczne, majestatyczne stworzenia fascynują mnie od pierwszej książki o tej tematyce, którą przeczytałam gdzieś w okolicach pierwszej gimnazjum. Zachęcająco brzmiący tytuł od razu przyciągnął moją uwagę, jednak okładka, która wydała się dość zabawna, była dla mnie nie małą zagadką. Koniecznie musiałam przekonać się, co kryje zawartość takiego połączenia.
Już od pierwszych stron, ba, nawet po okładce, można domyślić się, iż książka skierowana jest raczej do młodszych czytelników, jednak ja i moje wewnętrzne dziecko nie mieliśmy nic przeciwko temu. Wręcz przeciwnie, myślę, że większość z nas chce czasem przenieść się do beztroskich czasów dzieciństwa, kiedy miało się 12 lat i niemal każda książka zachwycała, nie miało się żadnych kryteriów, a radość płynęła z każdego słowa.
Przy "Ostatnim Smokobójcy" mamy właśnie takie wrażenie. Powrotu do dziecięcych lat, wszystko gdzieś znika, a pozostaje tylko szeroki uśmiech płynący lektury. 


Tak też poznajemy Jennifer Strange, (prawie) 16-letnią znajdę, na której ciąży odpowiedzialność dbania o Kazam - wieżę pełną czarodziejów. Odkąd Pan Zambini - jej opiekun i szef - zniknął, musi dbać o wszystko - finanse, dobrą reputację, kontakty z klientami i relacje między wiecznie fochającymi się czarodziejami.
Magia w tych czasach jest bardziej powszechna niż woda, tak więc utrzymanie końca z końcem nie jest łatwe. Ta prastara siła stała się słaba i wyczynem staje się wymiana instalacji elektrycznej w domu. Cóż, nie jest to zbyt dobry scenariusz, jednak główna bohaterka zbytnio się tym nie przejmuje i rezolutnie prze do przodu, za co ją polubiłam. Nie jest to typ tej wyidealizowanej, pięknej i nigdy-nie-popełniam-błędów panny, ale normalnej dziewczyny, która ma dużo na głowie, przy czym wciąż pozostaje inteligentna i błyskotliwa, jednak nie przemądrzała. Da się ją lubić. Inni bohaterowie nie są zbytnio rozwinięci, są raczej poboczni i nie wyróżniają się. Przy tej objętości książki i sposobie jej napisania nie bardzo to przeszkadza, po prostu nie ma miejsca dla innych, książka wydawałaby się nazbyt napchana. Oczywiście nie można zapomnieć o Kwarkostworze! Świetny dodatek do fabuły, dziwne stworzenie, łagodne jak baranek a o wyglądzie potwora. Jego "Kwark" nie raz i nie dwa było świetnym podsumowaniem sytuacji. Kwark!

 Wątki zaczynają i kończą się w zastraszającym tempie, co tworzy nam raczej prostą, prawie bezproblemową, fabułę. Bohaterka na swojej drodze nie napotka zbyt wielu przeciwności, jednak wszystko jest dopasowane do siebie i spojone humorem, dzięki czemu nie staje się to wadą, a zaletą. Dziwne wydarzenia, okraszone dozą groteski wpasowują się w klimat książki i dostarczają dodatkowej rozrywki. 
Autor praktycznie wszystko obraca w żart, a poważnych sytuacji jest naprawdę niewiele.
Prostej fabule to towarzyszy prosty język. Nie ma udziwnień, wszystko jest stylizowane na mowę codzienną i luźne rozmowy. Dzięki temu lektura jest przystępna dla młodszych czytelników, ale i Ci nieco starsi na pewno się nie pogubią. W dialogach jest wiele humoru, który rzeczywiście jest śmieszny, co dla niektórych autorów jest nie lada wyczynem. Co jak co, ale książka jest klasycznym przykładem dystansu do świata. Wszystko obrócone do góry nogami, poważnym upadkiem społecznym są występny na przyjęciach dla dzieci, a Smokobójcą zostaje się w minute (przyswoiwszy wszelką, prastarą wiedzę).

"Poszukiwany giermek Smokobójcy.
Dyskretny, odważny i godny zaufania.
proszę o kontakt osobisty pod adresem:
ulica Smokobójców 12."

"Ostatni Smokobójca" to książka, w której nie znajdziecie życiowych problemów, dramatycznych wyborów, czy epickich walk. To książka pełna dystansu i humoru, taka, która zajmie Was na kilka godzin i dostarczy wrażeń rodem z dzieciństwa. Dzieci i młodzież z pewnością będą nią zachwycone, jednak Ci starsi również nudzić się nie powinni. Fabuła jest prosta, a język niewymagający, książki nigdy nie porównałabym do kultowego Harrego Pottera, ale mimo to, polecam zapoznać się z tą pozycją szczególnie, że nie jest ona zbyt dobrze znana, co jest dla mnie dość dziwnym zjawiskiem.
Niech Kwark będzie z Wami!

Za możliwość przeczytania książki dziękuje wydawnictwu:

                                                                                                                                                     Evra.


środa, 30 lipca 2014

Jakub Ćwiek - "Chłopcy"


Tytuł: Chłopcy
Autor: Jakub Ćwiek
Data premiery: 7 listopada 2012
Wydawca: SQN
Liczba stron: 320
Moja ocena: 6,5/10

"Rykiem silników, hukiem wystrzałów i głośnym: BANGARANG! – tak zwiastują swoje przybycie Zagubieni Chłopcy, najbardziej niezwykły gang motocyklowy na świecie. Niegdyś wierni towarzysze Piotrusia Pana, dziś odziane w skórzane kurtki zakapiory pod wodzą zabójczo seksownej Dzwoneczek. Zrobią wszystko, by przetrwać… i dobrze się przy tym bawić. Bez względu na cenę."



Na dźwięk słów "Piotruś Pan" większości z was, zapewne, przed oczami staje obraz chłopca w zielonym ubranku i czapce z czerwonym piórkiem, który leci w noc, a za nim podąża grupa dzieci wraz z małą wróżką zamykającą cały pochód. Każdy słyszał historię o tym, jak nie chcieli dorosnąć i pozostawali dziećmi na zawsze. Śmiać, bawić się, objadać słodyczami i latać przez całe życie, było ich filozofią. Taka konwencja na pewno byłaby wykonalna, gdyby pewna osobistość, jaką jest Jakub Ćwiek, nie wzięła owej bajki w obroty. Znany pisarz i muzyk postanowił obrócić tę historię o 180 stopni i pokazać co by było, gdyby towarzyszą Piotrusia Pana przyszło dorosnąć. Co z tego wyszło? Na pewno dość osobliwa i oryginalna historia.


"Oto druga Nibylandia (...) Wielka jak dziecięce oczekiwania, ale też brudna, zniszczona i obdarta jak dorosłość."

Po raz drugi spotykam się z twórczością Ćwieka i wciąż nie dokopałam się do bestsellerowego
"Kłamcy", jednak teraz nie o tym. Lektura "Deszcza" pozwoliła mi zapoznać się ze stylem i specyfiką autora, więc wiedziałam już czego, mniej więcej, mogłam spodziewać się po "Chłopcach". Przede wszystkim wyzbyłam się wszelkich wymagań, jakie zazwyczaj stawiam poszczególnym tytułom, i podeszłam do lektury na luzie, oczekując jedynie kilku godzin rozrywki. Takie podejście zdecydowanie polecam, nie rozczarujecie się, a wyciśniecie z owej pozycji jak najwięcej dobrego.
A jest z czego wyciskać, autor serwuje nam kilka opowiadań, które w pewnym momencie się łączą. Jest to pierwszy zbiór opowiadań jaki w życiu czytałam, więc mogę powiedzieć, że nie do końca odpowiada mi takie rozwiązanie i zdecydowanie wolę ciągłe historię, ale nie jest źle. Dwa spośród nich naprawdę mi się spodobały i żałuję, że były takie krótkie, reszta. jest na dobrym poziomie lecz już tak bardzo mnie nie zachwyciła. 


Jakub Ćwiek przeniósł starą bajkę w realia współczesnej Polski. Nie jest to pierwszy taki przypadek, autorzy często posługują się legendami, baśniami czy mitami, by użyć ich ponownie w innej rzeczywistości, jednak wszystko zależy, od tego, jak to zrobią. Pan Ćwiek postanowił wprowadzić dziecięcych bohaterów w świat dorosłości, nadając im cechy i zwyczaje typowe dla niezbyt dobrych dorosłych. Tak więc mamy zgraje chłopaków w skórzanych kurtkach, którzy popijają piwo, palą papierosy i uprawiają przygodny seks, wszystko to okraszając sporą dozą łaciny kuchennej. Czy taki zabieg był skuteczny i sprawił, że towarzysze Piotrusia Pana stali się dużymi dziećmi? Według mnie, nie do końca. Wszyscy byli wulgarni i ciężko było się dopatrzeć u nich dziecięcych cech. No może wyjątek to Kędzior, postać, którą polubiłam chyba najbardziej. Dzwoneczek była dziwnym połączeniem mamy i jakiejś wyzwolonej dziewczyny z wolnym stylem życie. Dość osobliwe było to, jak dba o swoich chłopców.


"Chodź przedstawię ci resztę. Tylko pamiętaj, tu wszyscy jesteśmy trochę jebnięci."

Przy recenzji "Dreszcza" nieco skrytykowałam nierealność całej historii i liczne niedomówienia. Teraz wiem, że to typowe dla Ćwieka, historie przez niego pisane mają bardzo małą dozę prawdy i kipią wyobraźnią po sam koniec. Tak też jest w przypadku "Chłopców", uwierzyć w to nie można, wszystkie wydarzenia są czystko fantastyczne, ale teraz nie zwracałam na to wielkiej uwagi. Podczas lektury pozycji tego autora, nie trzeba czepiać się szczegółów, ale zaakceptować styl autora i czerpać z niego czystą rozrywkę.
Tak więc zostawiam w spokoju niedokończone wątki, różnorakie potknięcia i pare innych wad utkwionych w szczegółach. Cała historia chłopców jest mglista i niedopowiedziana, autor nie tłumaczy wszystkiego, co jednak, jakimś cudem, nie przeszkadza w czytaniu.
Jest jednak coś, czego zignorować nie mogłam żadnym sposobem. Chodzi mi tu o język. Jasne, Jakub Ćwiek znany jest z dość ostrych, pełnych przekleństw wypowiedzi w swojej twórczości, ale jak dla mnie, to zbyt wiele. Moim zdaniem dałoby się ominąć co najmniej połowę z rzucanych odzywek, powieść nabrałaby więcej ogłady i czytałoby się o wiele lepiej, bez potykania się o ciemniejszą stronę języka polskiego. 

"Nie ma przegranych, dopóki piłka w grze."

Podsumowując, "Chłopcy" Jakuba Ćwieka to kawał dobrej rozrywki. Nie jest to książka pozbawiona wad ani taka, która podczas czytania nie przysparza odrobiny irytacji, ale jednak jest to książka dobra, w sam raz na wakacje. Jeśli chcecie spędzić kilka godzin w zupełnie innym świecie i liznąć nieco życia motocyklowego gangu - Chłopcy są jak najbardziej dla Was!


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu SQN.


                                                                                                                                                Evra.

środa, 16 lipca 2014

Samantha Shannon - "Czas Żniw"

Tytuł: Czas Żniw
Tytuł oryginalny: The Bone Season
Autor: Samantha Shannon
Data premiery: 6 listopada 2013
Wydawca: SQN
Liczba stron: 520
Moja ocena: 8/10

Sajon.
Nie ma bezpieczniejszego miejsca.
„Może nie wiesz, ale Żniwa nazywane są też dobrymi zbiorami. Wciąż mówią tak na ulicach: Dobre Żniwa, Zbiory Obfitości. Rozumieją to jako odbieranie nagrody, podstawowy warunek ich negocjacji z Sajonem. Ludzie oczywiście postrzegają je inaczej. Dla nich są symbolem nieszczęścia. Oznaczają głód. Śmierć. Dlatego nazywają nas kosiarzami. Ponieważ pomagamy prowadzić ludzi na śmierć”.
Rok 2059. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney pracuje w kryminalnym podziemiu Sajonu Londyn. Jej szefem jest Jaxon Hall, na którego zlecenie pozyskuje informacje, włamując się do ludzkich umysłów. Paige jest sennym wędrowcem i w świecie, w którym przyszło jej żyć, zdradą jest już sam fakt, że oddycha.
Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze. Na skutek fatalnego splotu okoliczności zostaje przetransportowana do Oksfordu – tajemniczej kolonii karnej, której istnienie od dwustu lat utrzymywane jest w tajemnicy. Kontrolę nad nią sprawuje potężna, pochodząca z innego świata rasa Refaitów. Paige trafia pod protektorat tajemniczego Naczelnika – staje się on jej panem i trenerem, jej naturalnym wrogiem. Jeśli Paige chce odzyskać wolność, musi poddać się zasadom panującym w miejscu, w którym została przeznaczona na śmierć.


Samantha Shannon jest młodziutką, bo nawet jeszcze nie 23-letnią autorką, a "Czas Żniw" to jej debiut, zapowiadający 7-tomowy cykl.  Myślę, że wszyscy wiedzą, iż z debiutami różnie bywa, zazwyczaj nie są one porywające. Każdemu się wydaje, że pisze dobrze, a gdy po latach czyta swoje wywody, oczy wychodzą mu z orbit, policzki palą wstydem a na usta ciśnie się pytanie "Jak ja mogłam to napisać?". Co do "Czasu Żniw" , nasłuchałam się wielu pochwał , zapowiadano drugiego Harrego Pottera czy Igrzyska Śmierci, ogólnym wychwalaniu nie było końca. Nie dowierzając, że cokolwiek może dorównać dziełu pani Rowling, a tym bardziej debiut tak młodej osoby, rozpoczęłam lekturę z nieco sceptycznym nastawieniem.



"Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić."

Pani Shannon nie można odmówić wyobraźni, wykreowała bardzo ciekawy i różnorodny świat, pełen detali i zagadnień.  Już od pierwszej strony zostajemy wrzuceni w mnogość obcego słownictwa i nieznanych nazw, co skutecznie dezorientuje. Na początku czułam się, jakbym błądziła w ciemności, niczego nie rozumiałam, jednak skutecznie pomógł mi słowniczek umieszczony na końcu książki oraz schemat znajdujący się na jej początku. Już po kilkudziesięciu stronach uczucie zagubienia minęło i mogłam oddać się lekturze rozumiejąc, a ta przysporzyła mi nie lada wrażeń.
Świat, z którym mamy do czynienia w książce, to typowa dystopia. Jeśli jesteś inny, tak jak jasnowidze, jesteś wykluczony ze społeczeństwa i prześladowany. Nie różni się to od  zbytnio od typowych schematów, jednak jest on bardzo dobrze skonstruowany, pełen detali i ciekawych mechanizmów nim rządzących, więc można powiedzieć, iż wyróżnia się na tle innych dystopii. Tutaj należą się brawa dla tłumaczy. którzy odwalili kawał dobrej roboty tłumacząc wszystko tak, by gry słowne miały sens również w języku polskim. 
Również kolonia karna, świat Sheolu I rządzi się swoimi prawami, jest dopracowany. Poszczególne sekcje społeczeństwa mają swoje nazwy, prawa (o ile możemy o czymś takim mówić w tym przypadku) i odmienne obowiązki, są traktowane odmiennie, a wszystko układa się w dość logiczną całość.



W takim oto świecie poznajemy 19-letnią Paige Mahoney, która jest sennym wędrowcem - jednym z najrzadziej spotykanych jasnowidzów. Niefortunnym splotem okoliczności trafia do Sheolu I, gdzie jej opiekunem zostaje tajemniczy Naczelnik, który jest inny niż wszyscy. Nie traktuje jej z wyższością, nie jest dla niej brutalny. Paige i Naczelnik są głównymi bohaterami. Kreacja ich postaci nie pozostawia nic do zarzucenia, Paige jest silna, ale miewa chwile słabością, momentami jest też naiwna czy niezdecydowana, ale przez to nie zakrawa o wyidealizowaną super bohaterkę, jaką obecnie serwuje nam wiele młodzieżowych książek, jest bardziej ludzka. Postać Naczelnika jest tak tajemnicza, że to niemal namacalne. Skrywa same tajemnice, nie wiemy kim dokładnie jest, co nim kieruje i dlaczego pomaga Paige. Autorka odkrywa to wszystko, jego osobowość i motywy, przed czytelnikiem bardzo powoli, co sprawia, że chcemy czytać więcej i więcej, byle tylko dowiedzieć się czegoś nowego.
Skupienie wątków na osobach Paige i Naczelnika niestety odbiło się negatywnie na innych bohaterach. Wszyscy, prócz głównych postaci, są płascy, wręcz nie mają własnych osobowości i zdają się być tacy sami. To trochę psuje odbiór książki, ale gdyby chcieć nadać szczegółowe cechy każdemu ważniejszemu bohaterowi, książka byłaby stanowczo za długa, a czytelnicy narzekaliby na ciągnącą się fabułę. Mamy rozbudowany świat, w którym każdy detal jest tłumaczony w zamian za złożoność pobocznych postaci, ale myślę, że autorka zrównoważy to w kolejnych częściach. W końcu to wstęp do dość długiej serii, a pierwsza część ma za zadanie zaznajomić nas ze światem przedstawionym.


"Zaufanie. Rozpoznałam to słowo. Zalany słońcem kwiat na skraju postrzegania, wabiący do innego świata."

Kolejnym aspektem jet fabuła. W każdej książce gra ważną rolę. W "Czasie Żniw" jest, jednak nie jest porywająca i zaskakująca. Jest po prostu dobra. Dość przewidywalna, ale nie jest to wielką wadą. Odniosłam też wrażenie, iż wątki są nieco chaotyczne, dodatkowo autorka ma tendencję do wprowadzania nowych zdarzeń i nie ciągnięcia dalej wątków, zostawiając niedopowiedzenia (może zostawia je na drugą część?) i nieco mgliste wrażenie. 
Pojawia się również wątek miłosny, ale jest bardzo subtelny, niemal niezauważalny i rozwija się powoli, co bardzo mi się podoba, nie nazbyt mocno ingeruje w całość fabuły, ale jednak czytelnik czuje, iż "coś się kroi". To dobre rozwiązanie, jednak po finale książki jestem ciekawa, co też autorka pocznie z tymże właśnie wątkiem, bo począć coś musi.
Jako debiut, "Czas Żniw" plasuje się dość wysoko. Zaskoczyło mnie to, jak starannie i kreatywnie autorka wszystko wymyśliła, a to, iż jest osoba tak młodą, potęguje tylko wrażenie, iż mamy do czynienia z czymś, co w przyszłości stanie się wyróżniającą się, na tle innych tego typu pozycji, serią, która prawdopodobnie będzie zawierać się w kanonie moich ulubionych. Żywię tylko nadzieję, iż druga część nie zetrze owego wrażenia w proch i pył.


---------------------------------------------------------------------------------------------
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu SQN.


Evra.

czwartek, 10 lipca 2014

Mira Grant - "Deadline"

Tytuł: Deadline
Tytuł oryginalny: Deadline
Autor: Mira Grant
Data premiery: 23 października 2013
Wydawca: SQN
Liczba stron: 504
Moja ocena: 9,5/10

Żywa czy martwa, prawda nie odpoczywa.
Powstańcie, póki możecie
Po dramatycznych wydarzeniach ostatnich miesięcy Shaun Mason stał się wrakiem, zaledwie cieniem człowieka, jakim był kiedyś. Igranie ze śmiercią przestało być już tak zabawne, a życie straciło swój słodki, lekko zgniły smak.
Kiedy w drzwiach mieszkania Shauna pojawia się pewien naukowiec, który według ostatnich doniesień powinien być martwy, wszystko staje na głowie. Zwłaszcza że chwilę później wybucha kolejna epidemia. Przypadek?
Wiedza nieoczekiwanego gościa jest ekstremalnie niebezpieczna. Co więcej, to jedyna nadzieja na pokonanie potworności, która zagraża całemu życiu na Ziemi. Tym razem nie będzie to jednak powłóczący nogami umarlak, ale wciąż żywy spisek.
Shaun musi wyruszyć w drogę, by sprawdzić, jaka prawda objawi mu się na końcu jego shotguna.
DEADLINE to znakomita kontynuacja hitowego FEED, gdzie horror miesza się z humorem, a wszystko to opakowane jest w zgrabny thriller polityczny.


Bałam się tej części. Po porywającym "Feed", bałam się, iż "Deadline" mnie rozczaruje jak to często bywa z kontynuacjami. Autorka mogła spaść z poziomu, olać, czy z jakiegokolwiek innego powodu zetrzeć w pył wrażenie, jakie wywarła na mnie pierwsza część. Chwalmy jednak niebiosa i autorkę razem z nimi, gdyż "Deadline" wgniecie was w fotel, o ile pierwsza część już tego nie zrobiła. Porywająca. Zaskakująca. Brak mi przymiotników, by wyrazić, jak dobra jest ta część. Mam nadzieję, że "Blackout" zawita do nas szybko, bo w innym przypadku zacznę obawiać się o swoje zdrowie psychiczne.



"Uważacie, że prawda jest słuszniejsza od kłamstwa,nawet jeśli kłamstwo chroni to,co prawda by zniszczyła"


Przez całą książkę towarzyszy nam slogan "zawsze może być gorzej", a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Pani Grant nie oszczędza nikogo, czytelników a już na pewno nie bohaterów. Nie ma litości, bez skrupułów wrzuca ich w najgłębsze bagno, jakie tylko uda jej się znaleźć, a razem z nimi leci nasza świadomość, rwąc sobie włosy z głowy przy obserwowaniu tego, co się tam wyczynia. Akcja gna do przodu, jakby autorka chciała stworzyć iluzję goniących nas Zombie, a przy tym wszystko jest tak realne, iż lada chwila spodziewałam się usłyszeć jęk i poczuć zgniły oddech nieumarły na karku. 
Nie poczujecie nawet lekkiego powiewu nudy podczas lektury, za to będziecie z przejęciem wyczekiwać, co będzie dalej, bo każda strona funduje nam nową dawkę wrażeń, aż chce się więcej i więcej.
Wszystkie pochwały, które padły przy okazji recenzji pierwszej części są jak najbardziej słuszne. Wszystko w tej książce jest dopracowane do ostatniej literki. Nie ma mowy o dziurach logicznych, czy mglistych wyjaśnieniach, tutaj wszystko jest ze sobą powiązane i łączy się, tworząc spójną całość. Poziom z poprzedniej części nie spadł ani o jotę, ale za to ile się pozmieniało! Weźmy wszystko, co wiemy o bohaterach, sytuacji w książce, wrzućmy do pudełka i potrząśnijmy. Tak prawdopodobnie autorka zrobiła z Deadline, innego wyjaśnienia nie widzę. Nic już nie jest takie, jak było i nigdy nie będzie, ale to tylko podsyca ciekawość czytelnika, który czyta, byle tylko dowiedzieć się co dalej. Ta książka naprawdę dostarcza takiej dawki emocji, jaką rzadko spotykam w swojej czytelniczej przygodzie. Perfekcyjnie zbudowany świat i historia tworzą niemal namacalny klimat, w który zagłębia się każdy, już po kilkunastu stronach. Sprawia, iż przeżywamy wraz z bohaterami ich wzloty i upadki, śmiejąc się z ich kąśliwych uwag i smucąc, kiedy stanie się coś złego.
Doskonale dopracowane dialogi pełne są ciętego humoru, a dzięki Shaunowi, który robi za medycznego idiotę, autorka w przystępny sposób wyjaśnia zawiłe zagadnienia związane z wirusami i amplifikacją. Złożona fabuła i różne wątki są przekazywane w przystępny sposób i łatwe w odbiorze. 



Autorka bardzo blisko związana jest z wirusologią i bardzo dobrze widać to w Deadline. Feed skupiało się bardziej na intrygach politycznych, zaś w drugiej części wątek przekierowywany jest na stronę medyczną wirusa, dużo się dowiadujemy, ale dzięki wiedzy pani Grant w tym zakresie wszystko tworzy niemal upiornie logiczną całość. Bez niedomówień, bez teorii i sytuacji wyssanych z palca. Autorce należą się głośne brawa, odwaliła kawał dobrej roboty w tej kwestii.
Co tyczy się zakończenia, to Grant chyba wzięła sobie za cel wykończyć psychicznie czytelnika. Naprawdę, myślałam, że finał Feed był porywający, ale to, co się dzieje w Deadline, przechodzi ludzkie pojęcie. W pozytywnym, szokującym, ale pozytywnym, tego słowa znaczeniu. Żywię tylko nadzieję, iż autorka da sobie radę i znajdzie naprawdę dobre wyjaśnienie wszystkiego, bo inaczej zepsuje całą realną otoczkę historii, a tego chyba nikt nie chce. To się nazywa wiedzieć, jak zachęcić czytelnika do dalszych części, po prostu nie da się zostawić tej historii niedokończonej, trzeba przeczytać wszystko do końca. Po prostu trzeba, inaczej nie da Wam to spokoju.
Jeśli nie czytaliście Feed, zróbcie to. Ta seria jest jedną z najlepiej dopracowanych, jaką w życiu czytałam i biorę winę na siebie, jeśli was jakimś cudem rozczaruje. Apokalipsa nadchodzi, bądźcie na nią gotowi!


Za możliwość przeczytanie książki dziękuję wydawnictwu SQN

Polecam również baardzo ciekawą stronę, gdzie trwa odliczanie do nowych tajemniczych materiałów związanych z Przeglądem Końca Świata, które udostępnia nam wydawnictwo. Można tam również zakupić nowelkę, w która zawiera historię tego, jak to się wszystko zaczęło. Zapraszam!

                                                                                                                                                  Evra.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Luca Caioli - ''Messi: Historia chłopca, który stał się legendą''

Tytuł: ''Messi: Historia chłopca, który stał się legendą.''
Tytuł oryginalny: ''Messi: The Inside Story of the Boy Who Became a Legend''
Autor: Luca Caioli
Autor tłumaczenia: Barbara Bardadyn
Data pierwszego wydania: 2011r.
Data drugiego wydania: 2013r. 
Wydawca: SQN
Gatunek: Biografia
Liczba stron: 365
Moja ocena: 10/10

VIVA ARGENTINA!

Nie potrafię być obiektywna wobec tej książki. Nie ocenię tego jak bardzo złożona jest fabuła, nie ocenię języka literackiego i nie zwrócę uwagi na estetykę tekstu. Nie spodziewajcie się zobaczyć długiej recenzji, bo ja w trakcie jej pisania siedzę w koszulce z nazwiskiem Messi i oglądam powtórkę meczu Argentyna-Iran. Trzeci raz, bo może przeoczyłam jakieś zagranie Pchły. Legendy na punkcie której oszalałam po obejrzeniu pierwszego meczu Barcelony. Człowieka, który zaraził mnie miłością do piłki nożnej. Wystarczyło jedno jego podanie, żebym zapragnęła robić to samo. Grać.



Lionel Messi - chłopiec, który urodził się 24 czerwca 1987 roku (tak, jutro kończy 27 lat) w Rosario. Nie ukrywajmy, Lio miał szczęśliwe dzieciństwo. Kochających rodziców, rodzeństwo i babcię. To rodzina zaraziła w nim miłość do piłki nożnej. Do rozpoczęcia jego kariery najbardziej przyczyniła się jego babcia - Celia, która jako pierwsza zaprowadziła go na trening drużyny Grandoli i namówiła trenera Aparicio, aby jej wnuk mógł zagrać w jednym meczu. Od tego właśnie się zaczęło..



Polecam tą książkę nie tylko fanom Leo, ale także osobom, które w ogóle nie interesują się piłki nożnej. To historia, która może być motywacją do walki o swoje marzenia. W końcu Messi wcale nie miał łatwiej od nas. Niski wzrost, szczupła budowa ciała.. To były przeszkody, które pokonał. Z biografii dowiemy się o nim wiele, ale nie są w niej przedstawione sztywne fakty. Bardzo podobało mi się to, że wypowiadają się w niej różne osoby. Rodzina, przyjaciele, trenerzy, ale także zawodnicy przeciwnych drużyn i ludzie, który nie zawsze kibicowali Pchle. 


Czytając tą książkę czułam się, jakbym rozmawiała z Leo. Uważam, że Luca oddał idealnie uczucia i emocje, które towarzyszyły mu po porażkach i zwycięstwach. Dowiedziałam się jaki jest Messi, poznałam jego charakter i pokochałam go jeszcze bardziej.

Dobra biografia dobrego piłkarza, czego chcieć więcej? :)

piątek, 13 czerwca 2014

Mira Grant - "Feed"

Tytuł:                    Feed
Tytuł Oryginalny: Feed
Autor:                   Mira Grant
Cykl:                     Przegląd Końca Świata
Data Premiery:     7 listopada 2012
Wydawca:             Sine Qua Non
Liczba stron:         496
Ocena:                   9,5/10

"Rok 2014. Wynaleźliśmy lek na raka. Pokonaliśmy grypę i przeziębienie. Niestety stworzyliśmy też coś nowego, strasznego, coś, czego nikt nie mógł zatrzymać. Infekcja rozprzestrzeniła się szybko, wirus przejmował kontrolę nad ciałami i umysłami, wydając jedno tylko polecenie: jedz!


Upłynęło 20 lat. Georgia i Shaun Mason są na tropie największej historii w ich życiu – mrocznej konspiracji stojącej za infekcją. Prawda musi wyjść na jaw, nawet jeśli jest śmiertelna."



Kiedy przeczytam dobrą książkę mam wrażenie, że to już koniec, że nie ma już niczego dobrego, czego bym nie przeczytała. Nigdy już nie trafię na tak dobrą książkę, jak ta, którą właśnie odłożyłam i moja dalsza książkowa przygoda skazana jest na dryfowanie od pozycji dobrej aż po fatalną, ale nigdy nie wypłynę na wyspę, którą nazwałabym "świetną". Wtedy właśnie trafiam na perełki, takie jak "Feed" i moja nadzieja odżywa od nowa, by z ostatnim wyrazem, ostatnią literką, zatonąć znów w przekonaniu, iż nie ma już nic lepszego do przeczytania. Oczywiście podejście mam czysto irracjonalne, ale doskonale obrazuje, jak książki, takie jak "Feed", potrafią mnie zaskoczyć w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

"Marburg Amberlee było cudem, tak jak Kellis lekarstwem, ale razem stali się przyczynkiem do zmiany biegu historii ludzkości. Dokonali tego razem. Nikt już nie ma raka ani przeziębienia. Jedynym problemem są żywe trupy."

Powiecie zapewne: zombie, zombie znowuu, to nie moje klimaty. A wiecie, co ja wam odpowiem? Zombie są chyba wątkiem, na którym został położony najmniejszy nacisk w tej książce. Zombie przewijają się w tle, są czynnikiem, na który trzeba uważać, lecz w większości wtapiają się w tło i tworzą odpowiedni klimat i podłoże dla politycznej części książki, czyli głównego wątku.Czytając książki i widząc seriale o tej tematyce (tak, jestem maniakiem TWD) zawsze zastanawiałam się, jak zombie mogły zniszczyć całą ludzkość. Hej, przecież mamy wojsko, zabezpieczenia i inne pierdoły, po prostu jakaś część musiała przetrwać i wytworzyć cywilizację. Ale nie, wszelkie książki, przynajmniej te, które są mi znane, mówią: Fuck logic, zrobimy po swojemu. Wszystkie, oprócz Feed. Tutaj mamy świat dopracowany w każdym calu, wszystko jest logiczne i spójne, aż czasem liczne wyjaśnienia w postaci monologów Georgi zaczynają się dłużyć, ale nie jest to mankament. Myślę, że jeśli przyszłoby nam przeżyć apokalipsę zombie, to nasz świat mógłby właśnie tak wyglądać. Każdy element fabuły zazębia się z innym, dopasowanym do siebie, nie znalazłam wątku, który byłby bez sensu, nielogiczny, czy nie ubarwiał całości w pozytywny sposób. Czytając książkę, mamy tak realne odczucia, jakby to naprawdę się działo, jakby istniał świat funkcjonujący na takich zasadach. Nazwałabym to nawet hiperrealizmem, ale nie wiem, czy można stosować takowe sformułowania w kontekście książek. W każdym razie świat przedstawiony w powieści jest niemal idealny, realia są bardzo dokładnie odtworzone i nie mamy tutaj pozbawionych sensu zachować czy sytuacji, wszystko i wszyscy ma tu swoje miejsce.


Na pochwałę zasługuje nie tylko świat zbudowany, ale także sami bohaterowie. Georgia i Shoun, czyni Ci główni są po prostu boscy. Nie umiem tego inaczej wyrazić, ta dwójka idealnie się dopełnia, są swoimi przeciwnościami, a jednak jedno bez drugiego to już nie to samo, brakuje wtedy tej najważniejszej części. Zdawałoby się, że powieść bez choćby najmniejszego wątku miłosnego wypada blado, ale tutaj mamy perfekcyjny dowód, iż tak nie jest. Każde z rodzeństwa dałoby się zabić za drugie, więź ich łącząca jest świetnie ukazana, a żarty i cięte odzywki są dobrze wpasowane w całokształt narracji. Nie tylko postacie głównych bohaterów plasuje się wysoki w rankingu najlepiej wykreowanych postaci. Zresztą każda sylwetką, która przewija się przez stronice książki posiada własne "ja", pierwszo czy drugoplanowa, ale też zupełnie pobocza. Autorka zadała sobie przy tym wiele trudu i udało jej się stworzyć sylwetki silnych, niezależnych bohaterów, którzy wiedzą, czego chcą i jak to osiągnąć, czy to poprzez tykanie patykiem głodnego zombie, manipulację czy nie do końca legalne środki, a jednocześnie udało jej się uniknąć efektu  
przerysowania i sztuczności postaci, co niestety bardzo często spotykam w książkach. 

Cóż mnie jeszcze urzekło? Sam język powieści. Po 20 stronach stwierdziłam: Hell yeah! Grant świetnie posługuje się językiem potocznym, cała książka utrzymana jest w klimacie towarzyskich rozmów, a nie silącego się na powagę literackiego tonu, a jednocześnie nie mamy tutaj niepasującego młodzieżowego slangu, który pasowałby do tej książki jak kot do szczekania. Cięte dialogi i wszechobecny humor (uwaga, żarty rzeczywiście są śmieszne!) sprawiają, że książkę czyta się z przyjemnością podśmiewając się niemal przy co poniektórych kwestiach wypowiedzianych przez postacie.

"Czasami musisz sobie odpuścić i dać się ponieś biegowi wydarzeń"

Dobrze odzwierciedlona rzeczywistość w powieści ma też swoje minusy. Przez tłumaczenie wielu kwestii, zwyczajów i ogólnego funkcjonowania świata w nowym wydaniu, fabuła jest nieco rozciągnięta w czasie, co miłośników parcia do przodu w szalonym tempie może nieco nużyć, ale mi to pasowało. Żeby poznać tajniki świata trzeba czasu, a autorka poświęca wiele stronic na niezwiązane z głównym wątkiem tłumaczenia, które, muszę to przyznać, czasem są nieco zbędne lub zbytnio rozbudowane, ale to ginie wśród wydarzeń głównego nurtu. Mi to niespecjalnie przeszkadzało, ale słyszałam opinię, że książka jest nużąca i czytelnicy nie mogli powstrzymać ziewania podczas lektury. Cóż, coś za coś, mamy rzeczywisty świat powieści w zamian za rezygnację z wartkiej niczym potok górski akcji.

Początek dobry, co z zakończeniem? Przyznam szczerze: gdyby posypać książkę jakąś magiczną mieszanką marihuaninen, mleka w proszku i bóg wie jeszcze czego, w wyniku której wyrosłyby jej ręce, to ta książka przy ostatnich 50 stronach z całą pewnością wymierzyłaby mi siarczystego policzka. Nigdy nie zdarzy mi się, by koniec powieści tak bardzo mnie zaskoczył, zupełnie jakby pani Grant z całych sił starała się przekonać nas, że może być jeszcze gorzej. O wiele gorzej. Słyszałam, że finał "Deadline" jest jeszcze bardziej wstrząsający, więc już się boje, co tam może się stać, bo po "Feed" jestem zaskoczona. Nie negatywnie. W sumie też nie pozytywnie. Podejrzewam,że to zakończenie nie może się nikomu spodobać, po prostu jest takie...sami się przekonajcie, bo ja spoilerować nie będę (już chcą mnie spalić na stosie za nieczytanie Tolkiena, jedno oskarżenie mi wystarczy). Przeczytajcie sami i się przekonajcie, co takiego czyha w odmętach tej powieści, bo naprawdę warto. By nie wyrażać się o książce w niecenzuralnych słowach, na koniec powiem tylko, że cała seria prawdopodobnie dołączy do moich ulubieńców, a uwierzcie, nie łatwo się tam dostać.

                                                                                                                                                Evra.
Książa bierze udział w wyzwaniach:
Czytam opasłe tomiska