tytuł oryginalny: Rangers Apprentice. The Ruins of Gorlan
tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
cykl: Zwiadowcy [#1]
wydawnictwo: Jaguar
rok wydania: 2011
okładka: miękka
liczba stron: 319
gatunek: fantasy
ISBN: 978-83-7686-066-4
moja ocena: 9/10
Księga pierwsza serii o Zwiadowcach trafiła do mnie zupełnie przez przypadek. Książkę zaproponowała mi koleżanka, a ja wzięłam ją właściwie w ciemno. Słyszałam jedynie, że cykl ten jest bardzo ciekawy. Nie miałam jednak pojęcia, o czym to jest i czy w ogóle trafi w mój gust. A jednak trafiła i jestem zadowolona, że miałam okazję przeczytać "Ruiny Gorlanu".
Will jest sierotą, która została przygarnięta przez barona Aralda. Wychowywał się w zamku razem z czwórką jego rówieśników, którzy również stracili rodziców. Mieszkali z władcą zamku aż do momentu, kiedy osiągnęli wiek piętnastu lat i musieli zdecydować, do którego z Mistrzów chcą dołączyć. Główny bohater, słysząc o swoim dzielnym ojcu, który był rycerzem, chciał pójść w jego ślady i dołączyć do Szkoły Rycerskiej właśnie. Niestety, był za niski i chudy, aby móc zostać wojownikiem. Los jednak chciał, że był na tyle zwinny i sprytny, że zainteresował się nim Halt - zwiadowca. Postanowił wziąć Willa jako swojego ucznia. Od tego momentu nastolatka spotkają niesamowite przygody. Będzie musiał zmierzyć się nie tylko z przeciwnikami, ale również ze swoimi słabościami. Czy da sobie radę i zostanie prawdziwym zwiadowcą, a nie jedynie czeladnikiem?
Powiem wprost: książka naprawdę świetna. Zachwyciła mnie w wielu aspektach. Fabuła z pozoru nie wydaje się zbyt oryginalna, przywodzi na myśl m.in. "Władcę Pierścieni". Została jednak poprowadzona w taki sposób, że czytelnik jest dosłownie zaskakiwany wydarzeniami. Nigdy nie wiedziałam, co wydarzy się z następną stroną. Być może to za sprawą zwiadowców - ludzi, którzy potrafią poruszać się bezszelestnie, potrafią zostać niezauważeni przez bardzo długi czas. Nigdy nie mamy pewności, czy aby na pewno ktoś nas nie śledzi. Nigdy także nie mamy pewności, czy jakiś zwiadowca nie wyskoczy zaraz zza krza... zza następnej strony. Książka nie pozwalała mi się nudzić. W "Ruinach Gorlanu" ciężko jest uświadczyć bezsensownych dłużyzn czy zapychaczy. Każde wydarzenie jest po coś i to sprawia, że powieść nie pozwala się od niej oderwać.
Z bohaterami stworzonymi przez pana Flanagana jest podobnie, jak z fabułą. Stopniowo otwierają się przed czytelnikiem, pozostawiając jednak jakąś cząstkę siebie w cieniu, niezauważalną. Sprawia to, że niektóre ich zachowania są dla czytelnika zaskoczeniem. Szczególnie do gustu przypadł mi Halt - zwiadowca z długim stażem, można wręcz powiedzieć, że będący bohaterem. Nie jest to jednak osoba idealna - nie zawsze potrafi wyjść z tarapatów i potrzebuje pomocy kogoś innego. Kolejną, i chyba najważniejszą, postacią jest Will. Nastolatek o niezbyt rosłej budowie, jednak wielki duchem. Podobnie jak jego nauczyciel, chłopak ma słabości, ale ma też mocne strony. Oczywiście bohaterów jest dużo więcej, jak na przykład gnębiony przez starszych kolegów ze szkoły Horace czy baron Arald. Nie będę się tutaj rozpisywać na ich temat, gdyż to jest recenzja, a nie esej. Powiem jednak, że nawet bohaterowie dalszoplanowi, nie odgrywający szczególnej roli w powieści, zostali dobrze wykreowani. Raczej ciężko jest odnaleźć tutaj dwie postaci, które są bardzo podobne do siebie pod względem charakterów.
Powieść Johna Flagnana polecam każdemu, kto lubi fantasy. Sądzę, że jest to książka, którą naprawdę warto znać. Myślę także, że osobą stroniącym od tego gatunku, książka może przypaść do gustu. Czyta się naprawdę świetnie, lekko. Nie jest to książka ciężka, która wymaga dużo myślenia. Jest ona idealna na chwile relaksu, kiedy chcemy odpocząć. Z pewnością nada się jako przerywnik od cięższych pozycji. Z czystym sumieniem "Zwiadowców" księgę pierwszą polecam każdemu!
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aoi-chan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aoi-chan. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 lipca 2014
sobota, 5 lipca 2014
Marcus Sedgwick - "Królowa Cieni"
tytuł oryginalny: My Swordhand Is Singing
tłumaczenie: Maciejka Mazan
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 2010
okładka: miękka
liczba stron: 221
gatunek: powieść grozy
ISBN: 978-83-10-11719-9
moja ocena: 8/10
"Królowa cieni" przyciągnęła moją uwagę tytułem, a także okładką. Wypatrzyłam ją pośród innych książek w mojej ulubionej księgarni poznańskiej (którą, swoją drogą, zamykają i jest mi smutno). Spojrzałam na przód książki - na mężczyznę idącego po śniegu, trzymającego w ręku zakrwawiony nóż... Wiedziałam wtedy, że muszę ją (książkę) mieć dla siebie. Do zakupu zachęciła mnie cena - zapłaciłam niecałe 10 złotych!
Tomas i Peter, ojciec i syn, obydwaj są drwalami podróżującymi po Europie Wschodniej w XVII wieku. W pewnym momencie ich tułaczki, postanowili zatrzymać się w wiosce Chust i pracować dla jej mieszkańców. Jednak w momencie osiedlania nie wiedzieli jeszcze, co spotka ich w przyszłości... Zamieszkali oni w miejscu, gdzie panuje tytułowa Królowa Cieni, sprawiająca, że umarli powstają ze swoich grobów. Powieść Marcusa Sedgwicka jest nową interpretacją starych, słowiańskich mitach o wampirach - osobach umarłych i powstałych z ziemi, w której ich pochowano, aby wysysać krew żywych. Przyznam szczerze, że istoty opisane w "Królowej Cieni" mogą jednak bardziej przypominać zwyczajne (albo i nie?) zombie niż krwiopijców...
Powiem to od razu: książka jest dobra, a nawet bardzo dobra. A przynajmniej według mnie. Czytałam ją z zapartym tchem, nie mogąc oderwać się od kolejnych stron. Nie było znienawidzonych przeze mnie dłużyzn, przez które po prostu nudzę się przy książce. Zwroty akcji potrafiły zaskoczyć, jednak niektóre były bardzo przewidywalne. Myślę, że "Królowa Cieni" jest naprawdę interesującą interpretacją starego, słowiańskiego mitu o wampirach. Czytając recenzowaną przez mnie książkę mamy wrażenie, że te istoty znamy już ze współczesnej twórczości (nie, nie mówię tutaj akurat o "Zmierzchu"), a jednocześnie wiemy, że owi krwiopijcy nie ujawnili się przed nami do końca. Sądzę także, że dość ciekawym zabiegiem było połączenie kilku legend z terenów zachodniej Europy w jedną całość. Wielkie brawa dla pana Sedgwicka, proszę państwa!
Bohaterowie przypominali mi nieco wyidealizowanych normalnych ludzi. Owszem, mieli uczucia, emocje, potrafili samodzielnie myśleć, jednak odniosłam wrażenie, że są jednoznacznie dobrzy lub źli. Uważam jednak, że takie wykreowanie postaci nie czyni książki gorszej, nie ubliża jej. Jednocześnie twierdzę, że gdyby bohaterowie byli bardziej prawdziwi, książkę czytałoby się lepiej. Zdążyłam się już jednak przyzwyczaić do jednoznacznych postaci, występujących w książkach i nie raziło mnie to tak bardzo, jak kiedyś. Być może dlatego właśnie wystawiłam tak wysoką ocenę powieści.
Tak, miałam niemały problem z klasyfikacją powieści do jednej szufladki. W końcu jednak zdecydowałam się na powieść grozy i sądzę, że jest to trafny wybór. Książka może wystraszyć osoby wrażliwsze, jednak nie w sposób przyprawiający o dreszcze. Czy polecam "Królową Cieni"? Ogólnie tak, jednak wiem, że nie wszystkim może ona przypaść do gustu, ze względu na swoją tematykę. Uważam jednak, iż warto dać jej szansę, a nóż widelec komuś się spodoba.
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
tłumaczenie: Maciejka Mazan
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 2010
okładka: miękka
liczba stron: 221
gatunek: powieść grozy
ISBN: 978-83-10-11719-9
moja ocena: 8/10
"Królowa cieni" przyciągnęła moją uwagę tytułem, a także okładką. Wypatrzyłam ją pośród innych książek w mojej ulubionej księgarni poznańskiej (którą, swoją drogą, zamykają i jest mi smutno). Spojrzałam na przód książki - na mężczyznę idącego po śniegu, trzymającego w ręku zakrwawiony nóż... Wiedziałam wtedy, że muszę ją (książkę) mieć dla siebie. Do zakupu zachęciła mnie cena - zapłaciłam niecałe 10 złotych!
Tomas i Peter, ojciec i syn, obydwaj są drwalami podróżującymi po Europie Wschodniej w XVII wieku. W pewnym momencie ich tułaczki, postanowili zatrzymać się w wiosce Chust i pracować dla jej mieszkańców. Jednak w momencie osiedlania nie wiedzieli jeszcze, co spotka ich w przyszłości... Zamieszkali oni w miejscu, gdzie panuje tytułowa Królowa Cieni, sprawiająca, że umarli powstają ze swoich grobów. Powieść Marcusa Sedgwicka jest nową interpretacją starych, słowiańskich mitach o wampirach - osobach umarłych i powstałych z ziemi, w której ich pochowano, aby wysysać krew żywych. Przyznam szczerze, że istoty opisane w "Królowej Cieni" mogą jednak bardziej przypominać zwyczajne (albo i nie?) zombie niż krwiopijców...
Powiem to od razu: książka jest dobra, a nawet bardzo dobra. A przynajmniej według mnie. Czytałam ją z zapartym tchem, nie mogąc oderwać się od kolejnych stron. Nie było znienawidzonych przeze mnie dłużyzn, przez które po prostu nudzę się przy książce. Zwroty akcji potrafiły zaskoczyć, jednak niektóre były bardzo przewidywalne. Myślę, że "Królowa Cieni" jest naprawdę interesującą interpretacją starego, słowiańskiego mitu o wampirach. Czytając recenzowaną przez mnie książkę mamy wrażenie, że te istoty znamy już ze współczesnej twórczości (nie, nie mówię tutaj akurat o "Zmierzchu"), a jednocześnie wiemy, że owi krwiopijcy nie ujawnili się przed nami do końca. Sądzę także, że dość ciekawym zabiegiem było połączenie kilku legend z terenów zachodniej Europy w jedną całość. Wielkie brawa dla pana Sedgwicka, proszę państwa!
Bohaterowie przypominali mi nieco wyidealizowanych normalnych ludzi. Owszem, mieli uczucia, emocje, potrafili samodzielnie myśleć, jednak odniosłam wrażenie, że są jednoznacznie dobrzy lub źli. Uważam jednak, że takie wykreowanie postaci nie czyni książki gorszej, nie ubliża jej. Jednocześnie twierdzę, że gdyby bohaterowie byli bardziej prawdziwi, książkę czytałoby się lepiej. Zdążyłam się już jednak przyzwyczaić do jednoznacznych postaci, występujących w książkach i nie raziło mnie to tak bardzo, jak kiedyś. Być może dlatego właśnie wystawiłam tak wysoką ocenę powieści.
Tak, miałam niemały problem z klasyfikacją powieści do jednej szufladki. W końcu jednak zdecydowałam się na powieść grozy i sądzę, że jest to trafny wybór. Książka może wystraszyć osoby wrażliwsze, jednak nie w sposób przyprawiający o dreszcze. Czy polecam "Królową Cieni"? Ogólnie tak, jednak wiem, że nie wszystkim może ona przypaść do gustu, ze względu na swoją tematykę. Uważam jednak, iż warto dać jej szansę, a nóż widelec komuś się spodoba.
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
sobota, 28 czerwca 2014
TAG: książki
Witam! Ja również postanowiłam odpowiedzieć na tag o książkach. :)
1. O jakiej porze dnia czytasz najczęściej?
Czytam z samego rana, zaraz po przebudzeniu, lub wieczorem. Lubię jednak także czytać popołudniami, kiedy na dworze ulewa, a ja grzeję się w domu pod kocykiem i z kubkiem gorącej herbaty w ręku.
2. Gdzie czytasz?
Czytam na łóżku w moim pokoju. Jest to moje ulubione miejsce! Zdarza mi się także czytać przy biurku, na ławce na przystanku lub, w roku szkolnym, w szkole.
3. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Zdecydowanie fantastykę. Uwielbiam ten gatunek właściwie od niedawna.
4. Jaką ostatnio książkę kupiłaś/dostałaś?
Ostatnio dostałam książkę "Testament bibliofila" Arkadiusza Niemirskiego.
5. Co czytałaś ostatnio?
Ostatnio czytałam "Miasto szkła" Cassandry Clare. Serią "Dary Anioła" jestem wprost oczarowana. Naprawdę polecam!
piątek, 20 czerwca 2014
[Książka] "Na południe od granicy, na zachód od słońca" - Haruki Murakami
tytuł oryginalny: Kokkyou-no minami, taiyou-no nishi
tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
wydawnictwo: Muza
rok wydania: 2014
okładka: miękka
liczba stron: 224
gatunek: obyczajowe, dramat
ISBN: 978-83-7758-504-7
moja ocena: 7/10
Przyznam szczerze, że książek Murakamiego poszukiwałam od dłuższego czasu. Przyznam też, że to nie tylko dlatego, że sam w sobie zbiera dobre opinie, jednak chciałam poznać punkt widzenia Japończyka, gdyż Japonia leży w luźnych granicach moich zainteresowań. Gdy w końcu zobaczyłam wydanie kieszonkowe powieści tego autora po tak atrakcyjnej cenie - 9 zł, zdecydowałam się zakupić książkę. Nie żałuję, mimo tego, że jednak trochę się rozczarowałam. Pocieszam się jednak faktem, że akurat trafiłam na gorszą książkę pana Murakamiego, jakie napisał. Oczywiście, według internautów z różnych portali książkowych.
Przez kolejne dwieście dwadzieścia cztery strony jesteśmy świadkami przeżyć Hajime. Wszystko rozpoczyna się, gdy dwunastoletni chłopak poznaje kulejącą Shimamoto. Chłopak i dziewczyna świetnie się dogadują i w końcu zostają przyjaciółmi. Niestety, nadchodzi czas, kiedy muszą się oni rozstać, gdyż Hajime wyprowadza się kilka ulic dalej. Przez wiele lat przyjaciele nie utrzymywali kontaktów, aż w końcu, w wieku trzydziestu siedmiu lat, kiedy główny bohater założył już rodzinę i ma stałą pracę, ponownie spotyka swoją miłość z dzieciństwa. Okazało się, że uczucie przetrwało. Mężczyzna staje przed decyzją, która może zmienić jego dotychczasowe życie: czy porzucić wszystko dla Shimamoto, czy nie poddać się uczuciu, które żyło w nim przez ostatnie dwadzieścia parę lat?
Przyznam, że nie przepadam za obyczajówkami. "Na południe od granicy, na zachód od słońca" jednak bardzo mnie wciągnęło w swój świat. Nie można uświadczyć tutaj dynamicznej akcji, jednakże coś sprawia, że od lektury naprawdę ciężko jest się oderwać. Fabuła została naprawdę ciekawe poprowadzona. Książkę można podzielić na dwie części. Pierwsza z nich to okres od narodzin głównego bohatera do momentu, gdy po raz drugi spotyka swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, druga część natomiast to wydarzenia po ich spotkaniu aż do końca książki. Oba te elementy są od siebie różne, a mimo to stanowią całość.
Myślę, że najważniejszym elementem książek obyczajowych są postaci. W tej powieści Murakamiego bohaterowie są po prostu z krwi i kości - mają swoje wady i zalety, o których nie raz nie wstydzą się mówić, a innym razem pragną je ukrywać. Pomimo różnic wiekowych czy kulturowych (w końcu Japonia i Polska to dwie zupełnie odmienne najce!), byłam w stanie utożsamić się bohaterami. Ba, momentami nawet im współczułam czy przeżywałam z nimi wspólną radość!
"Na południe od granicy, na zachód od słońca" nie jest powieścią dla każdego. Autor nie szczędzi sobie na opisach scen seksu, których w całej książce jest kilka. Nie każdemu do gustu przypadnie także tematyka. Czy polecam? Tak, chociaż nie jest to najlepsza powieść obyczajowa, z jaką miałam okazję się zapoznać.
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
wydawnictwo: Muza
rok wydania: 2014
okładka: miękka
liczba stron: 224
gatunek: obyczajowe, dramat
ISBN: 978-83-7758-504-7
moja ocena: 7/10
Przyznam szczerze, że książek Murakamiego poszukiwałam od dłuższego czasu. Przyznam też, że to nie tylko dlatego, że sam w sobie zbiera dobre opinie, jednak chciałam poznać punkt widzenia Japończyka, gdyż Japonia leży w luźnych granicach moich zainteresowań. Gdy w końcu zobaczyłam wydanie kieszonkowe powieści tego autora po tak atrakcyjnej cenie - 9 zł, zdecydowałam się zakupić książkę. Nie żałuję, mimo tego, że jednak trochę się rozczarowałam. Pocieszam się jednak faktem, że akurat trafiłam na gorszą książkę pana Murakamiego, jakie napisał. Oczywiście, według internautów z różnych portali książkowych.
Przez kolejne dwieście dwadzieścia cztery strony jesteśmy świadkami przeżyć Hajime. Wszystko rozpoczyna się, gdy dwunastoletni chłopak poznaje kulejącą Shimamoto. Chłopak i dziewczyna świetnie się dogadują i w końcu zostają przyjaciółmi. Niestety, nadchodzi czas, kiedy muszą się oni rozstać, gdyż Hajime wyprowadza się kilka ulic dalej. Przez wiele lat przyjaciele nie utrzymywali kontaktów, aż w końcu, w wieku trzydziestu siedmiu lat, kiedy główny bohater założył już rodzinę i ma stałą pracę, ponownie spotyka swoją miłość z dzieciństwa. Okazało się, że uczucie przetrwało. Mężczyzna staje przed decyzją, która może zmienić jego dotychczasowe życie: czy porzucić wszystko dla Shimamoto, czy nie poddać się uczuciu, które żyło w nim przez ostatnie dwadzieścia parę lat?
Przyznam, że nie przepadam za obyczajówkami. "Na południe od granicy, na zachód od słońca" jednak bardzo mnie wciągnęło w swój świat. Nie można uświadczyć tutaj dynamicznej akcji, jednakże coś sprawia, że od lektury naprawdę ciężko jest się oderwać. Fabuła została naprawdę ciekawe poprowadzona. Książkę można podzielić na dwie części. Pierwsza z nich to okres od narodzin głównego bohatera do momentu, gdy po raz drugi spotyka swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, druga część natomiast to wydarzenia po ich spotkaniu aż do końca książki. Oba te elementy są od siebie różne, a mimo to stanowią całość.
Myślę, że najważniejszym elementem książek obyczajowych są postaci. W tej powieści Murakamiego bohaterowie są po prostu z krwi i kości - mają swoje wady i zalety, o których nie raz nie wstydzą się mówić, a innym razem pragną je ukrywać. Pomimo różnic wiekowych czy kulturowych (w końcu Japonia i Polska to dwie zupełnie odmienne najce!), byłam w stanie utożsamić się bohaterami. Ba, momentami nawet im współczułam czy przeżywałam z nimi wspólną radość!
"Na południe od granicy, na zachód od słońca" nie jest powieścią dla każdego. Autor nie szczędzi sobie na opisach scen seksu, których w całej książce jest kilka. Nie każdemu do gustu przypadnie także tematyka. Czy polecam? Tak, chociaż nie jest to najlepsza powieść obyczajowa, z jaką miałam okazję się zapoznać.
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
niedziela, 1 czerwca 2014
[Książka] "Rycerz ciemności" - Sherrylin Kenyon
tytuł oryginalny: Knight of Darkness
tłumaczenie: Katarzyna Przebyś-Preiskorn
cykl: Władcy Avalonu [#2]
wydawnictwo: Amber
rok wydania: 2011
okładka: miękka
liczba stron: 319
gatunek: romans paranormalny
ISBN: 978-83-241-3950-7
moja ocena: 8/10
"Rycerz ciemności" to już kolejna książka, którą udało mi się dorwać po okazyjnej cenie w jednej z poznańskich księgarni. Cieszę się z tego szczególnie, gdyż wcześniej czytałam już pierwszą część trylogii o Władcach Avalonu i bardzo mi się spodobała. Druga część była równie świetna.
Varian duFey jest istotą zrodzoną zarówno ze światła, jak i z ciemności. Zdecydował się jednak walczyć po stronie dobra. Walczy między innymi ze swoją matką, która zrobi wszystko, aby jej syn stanął po stronie mroku. W pewnym momencie nawet jest gotowa go porwać i torturować, aż do momentu kiedy nie zdradzi swoich przyjaciół. Varian nie chce jednak tego uczynić i po prostu cierpi. Wtem pojawia się kobieta piękna, o dobrym sercu, która okazuje mu dobroć. Początkowo z rozkazu Narishki, matki głównego bohatera, jednak później Merewyn robi to z własnej woli. To właśnie ta dobroć sprawia, że młoda kobieta rozkochuje w sobie Variana...
Nie pałam szczególną miłością do romansów paranormalnych. Właściwie to ich w ogóle nie czytam, nie licząc "Władców Avalonu". Sięgając po "Rycerza ciemności" wiedziałam już czego mogę spodziewać się po Sherrylin Kenyon. Nie zawiodłam się. Fabuła powieści wciąga do reszty, a uczucia między bohaterami wydawały się nadzwyczaj prawdziwe. Mężczyzna, jako osoba w której płynie krew Adoni, z pozoru niezdolny kochać, zakochuje się w niezwykle pięknym, lecz zwyczajnym człowieku, pozbawionym magii. Niesamowite, prawda? Mimo, że powieść jest po prostu przesiąknięta fantastyką, możemy w niej odnaleźć cząstkę prawdziwego życia. Cząstkę, która trzyma się książki jak tonący brzytwy i nie chce jej puścić.
W "Rycerzu ciemności", podobnie jak w "Mieczu ciemności", poprzedniej części trylogii, poznajemy całą gamę bohaterów. Większość z nich możemy już znać z legend arturiańskich. Tak, akcja powieści dzieje się w świecie wyrwanym spoza czasu, w Camelocie, Avalonie i krainach pomiędzy nimi. Na kartach książki spotkać możemy króla Artura, jego siostrę Morgenę, Rycerzy Okrągłego Stołu. Są oczywiście nowi bohaterowie. Szczególnie do gustu przypadł mi Blaise, mandragon, który towarzyszył w podróży parze głównych bohaterów. Jego niesamowite poczucie humoru i spojrzenie na świat sprawiają, że tą postać po prostu się lubi. Nie gorszy jest Varian duFey, z którym to mandragon nieraz się sprzeczał. Bardzo się cieszę, że Sherrylin Kenyon nie stworzyła kolejnej pustej głównej bohaterki, a młodą kobietę, która popełnia głupstwa, nie jest idealna, ale potrafi kochać i tą miłość odbierać od innych. To zdecydowanie coś, co lubię.
Zaletą "Rycerza ciemności" jest to, że książkę można przeczytać, nie znając poprzedniej części trylogii. Fakt, występują postaci z "Miecza ciemności", jednak ich historia została przypomniana. Sądzę, że druga część trylogii pani Kenyon jest naprawdę ciekawa. Myślę, że fani romansów paranormalnych na pewno będą zadowoleni. Osoby, które od nich stronią, także mogą zabrać się za lekturę tej powieści. Raczej nie pożałują. Polecam.
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
~ ~ ~ ~ ~
Korzystając z okazji, chcę złożyć wszystkim dzieciom, tym starszym i młodszym, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka! Niech uśmiech zawsze gości na Waszej twarzy! :)
tłumaczenie: Katarzyna Przebyś-Preiskorn
cykl: Władcy Avalonu [#2]
wydawnictwo: Amber
rok wydania: 2011
okładka: miękka
liczba stron: 319
gatunek: romans paranormalny
ISBN: 978-83-241-3950-7
moja ocena: 8/10
"Rycerz ciemności" to już kolejna książka, którą udało mi się dorwać po okazyjnej cenie w jednej z poznańskich księgarni. Cieszę się z tego szczególnie, gdyż wcześniej czytałam już pierwszą część trylogii o Władcach Avalonu i bardzo mi się spodobała. Druga część była równie świetna.
Varian duFey jest istotą zrodzoną zarówno ze światła, jak i z ciemności. Zdecydował się jednak walczyć po stronie dobra. Walczy między innymi ze swoją matką, która zrobi wszystko, aby jej syn stanął po stronie mroku. W pewnym momencie nawet jest gotowa go porwać i torturować, aż do momentu kiedy nie zdradzi swoich przyjaciół. Varian nie chce jednak tego uczynić i po prostu cierpi. Wtem pojawia się kobieta piękna, o dobrym sercu, która okazuje mu dobroć. Początkowo z rozkazu Narishki, matki głównego bohatera, jednak później Merewyn robi to z własnej woli. To właśnie ta dobroć sprawia, że młoda kobieta rozkochuje w sobie Variana...
Nie pałam szczególną miłością do romansów paranormalnych. Właściwie to ich w ogóle nie czytam, nie licząc "Władców Avalonu". Sięgając po "Rycerza ciemności" wiedziałam już czego mogę spodziewać się po Sherrylin Kenyon. Nie zawiodłam się. Fabuła powieści wciąga do reszty, a uczucia między bohaterami wydawały się nadzwyczaj prawdziwe. Mężczyzna, jako osoba w której płynie krew Adoni, z pozoru niezdolny kochać, zakochuje się w niezwykle pięknym, lecz zwyczajnym człowieku, pozbawionym magii. Niesamowite, prawda? Mimo, że powieść jest po prostu przesiąknięta fantastyką, możemy w niej odnaleźć cząstkę prawdziwego życia. Cząstkę, która trzyma się książki jak tonący brzytwy i nie chce jej puścić.
W "Rycerzu ciemności", podobnie jak w "Mieczu ciemności", poprzedniej części trylogii, poznajemy całą gamę bohaterów. Większość z nich możemy już znać z legend arturiańskich. Tak, akcja powieści dzieje się w świecie wyrwanym spoza czasu, w Camelocie, Avalonie i krainach pomiędzy nimi. Na kartach książki spotkać możemy króla Artura, jego siostrę Morgenę, Rycerzy Okrągłego Stołu. Są oczywiście nowi bohaterowie. Szczególnie do gustu przypadł mi Blaise, mandragon, który towarzyszył w podróży parze głównych bohaterów. Jego niesamowite poczucie humoru i spojrzenie na świat sprawiają, że tą postać po prostu się lubi. Nie gorszy jest Varian duFey, z którym to mandragon nieraz się sprzeczał. Bardzo się cieszę, że Sherrylin Kenyon nie stworzyła kolejnej pustej głównej bohaterki, a młodą kobietę, która popełnia głupstwa, nie jest idealna, ale potrafi kochać i tą miłość odbierać od innych. To zdecydowanie coś, co lubię.
Zaletą "Rycerza ciemności" jest to, że książkę można przeczytać, nie znając poprzedniej części trylogii. Fakt, występują postaci z "Miecza ciemności", jednak ich historia została przypomniana. Sądzę, że druga część trylogii pani Kenyon jest naprawdę ciekawa. Myślę, że fani romansów paranormalnych na pewno będą zadowoleni. Osoby, które od nich stronią, także mogą zabrać się za lekturę tej powieści. Raczej nie pożałują. Polecam.
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
~ ~ ~ ~ ~
Korzystając z okazji, chcę złożyć wszystkim dzieciom, tym starszym i młodszym, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka! Niech uśmiech zawsze gości na Waszej twarzy! :)
czwartek, 22 maja 2014
[Książka] "GONE zniknęli: Faza pierwsza - niepokój" - Michael Grant
tytuł oryginalny: GONE
tłumaczenie: Ewa Holewińska, Anna Pawłowicz
cykl: GONE zniknęli [#1]
wydawnictwo: Jaguar
rok wydania: 2009
okładka: miękka
liczba stron: 527
gatunek: fantastyka
ISBN: 978-83-60010-96-9
moja ocena: 8/10
Perdido Beach - małe miasteczko w zachodniej Kalifornii, położone nad Oceanem Spokojnym. Jest to też miejsce, w którym w jednym czasie znikają osoby, które ukończyły piętnaście lat. Sam Temple - czternastoletni chłopak, nie wyróżniający się z tłumu. Lubił chodzić ze swoim przyjacielem Quinninem na surfing. "Był bystry, ale nie należał do orłów intelektu. Był przystojny, ale nie aż tak, by dziewczyny piszczały na jego widok."* Ot, przeciętny dziewiątoklasista, który musi zmagać się ze swoimi słabościami. Musi wykorzystać swoje umiejętności, aby przeżyć i wyjść obronną ręką z trudnych sytuacji. Razem z inteligentną Astrid, swoim przyjacielem Quinninem i przyjaznymi im dzieciakami muszą sprostać ETAPowi. Czy im się to uda? I jaką tajemnicę skrywa główny bohater?
"Gone" to seria, po którą zapewne bym nie sięgnęła, gdyby nie moja przyjaciółka. To ona poleciła mi sagę Michaela Granta i pożyczyła pierwszy tom. Cieszę się, że tak się stało. Dzięki niej mogłam zagłębić się w tajemniczy świat ETAPu, poznać ciekawych bohaterów i zapewnić sobie kilka godzin świetnej zabawy.
Książka wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Akcja rozpoczyna się dość szybko, jednak początkowo rozwija się raczej powoli, aby wkrótce przyspieszyć. Jest to ciekawy zabieg, który bardzo mi pasuje. Ja zdecydowanie nie lubię czytać długich wstępów o tym, kim są bohaterowie, jaki jest ten świat i tak dalej. Wolę dowiedzieć się tego podczas trwania akcji. Wiem, że motyw odciętego od reszty świata terenu pojawia się w wielu pozycjach, ja jednak natknęłam się na to po raz pierwszy. Cieszę się, że trafiłam akurat na "GONE", gdyż nie zraziłam się tym. i z chęcią zapoznam się z innymi powieściami o podobnej tematyce.
Bohaterowie mają maksymalnie czternaście lat. Ja jednak odniosłam wrażenie, że są starsi, bliżej im do dwudziestki niż do dziesiątki. Aż ciężko mi sobie wyobrazić gimnazjalistów, którzy podejmują tak dojrzałe decyzje, układają takie strategie. Czternastolatkowie zachowują się trochę inaczej niż tak, jak to było pokazane w powieści. Nawet w obliczu pozostania samemu, bez dorosłych. To jest chyba największy mankament "GONE zniknęli": Bohaterowie są zbyt dojrzali, jak na swój wiek.
Szczerze powiedziawszy, żaden bohater nie wzbudził we mnie bardzo pozytywnych wrażeń. Sam i Astrid, a wkrótce też Edilio i Lana wydali mi się zbyt wyidealizowani. Fakt, mieli jakieś tam wady, jednak były one niczym na tle ich "dobrej strony". To samo jest po drugiej stronie barykady: Główny wróg Sama Temple wydaje się być tylko i wyłącznie zły. Przecież nawet tyrani mają jakieś dobre strony. Nikt nie jest tylko czarny lub biały.
Sądzę, że seria amerykańskiego pisarza może przypaść do gustu każdemu, kto chociaż trochę lubi fantastykę. Mimo pewnych mankamentów, wciąż jest to dość dobra pozycja.
* "GONE zniknęli. Faza pierwsza: niepokój" Michael Grant; wydawnictwo Jaguar wyd. 2009, str.15
tłumaczenie: Ewa Holewińska, Anna Pawłowicz
cykl: GONE zniknęli [#1]
wydawnictwo: Jaguar
rok wydania: 2009
okładka: miękka
liczba stron: 527
gatunek: fantastyka
ISBN: 978-83-60010-96-9
moja ocena: 8/10
Perdido Beach - małe miasteczko w zachodniej Kalifornii, położone nad Oceanem Spokojnym. Jest to też miejsce, w którym w jednym czasie znikają osoby, które ukończyły piętnaście lat. Sam Temple - czternastoletni chłopak, nie wyróżniający się z tłumu. Lubił chodzić ze swoim przyjacielem Quinninem na surfing. "Był bystry, ale nie należał do orłów intelektu. Był przystojny, ale nie aż tak, by dziewczyny piszczały na jego widok."* Ot, przeciętny dziewiątoklasista, który musi zmagać się ze swoimi słabościami. Musi wykorzystać swoje umiejętności, aby przeżyć i wyjść obronną ręką z trudnych sytuacji. Razem z inteligentną Astrid, swoim przyjacielem Quinninem i przyjaznymi im dzieciakami muszą sprostać ETAPowi. Czy im się to uda? I jaką tajemnicę skrywa główny bohater?
"Gone" to seria, po którą zapewne bym nie sięgnęła, gdyby nie moja przyjaciółka. To ona poleciła mi sagę Michaela Granta i pożyczyła pierwszy tom. Cieszę się, że tak się stało. Dzięki niej mogłam zagłębić się w tajemniczy świat ETAPu, poznać ciekawych bohaterów i zapewnić sobie kilka godzin świetnej zabawy.
Książka wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Akcja rozpoczyna się dość szybko, jednak początkowo rozwija się raczej powoli, aby wkrótce przyspieszyć. Jest to ciekawy zabieg, który bardzo mi pasuje. Ja zdecydowanie nie lubię czytać długich wstępów o tym, kim są bohaterowie, jaki jest ten świat i tak dalej. Wolę dowiedzieć się tego podczas trwania akcji. Wiem, że motyw odciętego od reszty świata terenu pojawia się w wielu pozycjach, ja jednak natknęłam się na to po raz pierwszy. Cieszę się, że trafiłam akurat na "GONE", gdyż nie zraziłam się tym. i z chęcią zapoznam się z innymi powieściami o podobnej tematyce.
Bohaterowie mają maksymalnie czternaście lat. Ja jednak odniosłam wrażenie, że są starsi, bliżej im do dwudziestki niż do dziesiątki. Aż ciężko mi sobie wyobrazić gimnazjalistów, którzy podejmują tak dojrzałe decyzje, układają takie strategie. Czternastolatkowie zachowują się trochę inaczej niż tak, jak to było pokazane w powieści. Nawet w obliczu pozostania samemu, bez dorosłych. To jest chyba największy mankament "GONE zniknęli": Bohaterowie są zbyt dojrzali, jak na swój wiek.
Szczerze powiedziawszy, żaden bohater nie wzbudził we mnie bardzo pozytywnych wrażeń. Sam i Astrid, a wkrótce też Edilio i Lana wydali mi się zbyt wyidealizowani. Fakt, mieli jakieś tam wady, jednak były one niczym na tle ich "dobrej strony". To samo jest po drugiej stronie barykady: Główny wróg Sama Temple wydaje się być tylko i wyłącznie zły. Przecież nawet tyrani mają jakieś dobre strony. Nikt nie jest tylko czarny lub biały.
Sądzę, że seria amerykańskiego pisarza może przypaść do gustu każdemu, kto chociaż trochę lubi fantastykę. Mimo pewnych mankamentów, wciąż jest to dość dobra pozycja.
* "GONE zniknęli. Faza pierwsza: niepokój" Michael Grant; wydawnictwo Jaguar wyd. 2009, str.15
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
sobota, 17 maja 2014
[Książka] "Klucz do zaświatów" - Dan Poblocki
tytuł oryginalny: The stone child
tłumaczenie: Maciejka Mazan
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 2010
okładka: miękka
liczba stron: 272
gatunek: młodzieżowa powieść grozy
ISBN: 978-83-10-11823-3
moja ocena: 7/10
Eddie jest wielkim fanem pisarza Nathaniela Olmsteada. Przeprowadza się on wraz ze swoimi rodzicami i książkami osławionego autora horrorów do miasteczka Gatesweed. Co ciekawe, okazuje się, że jest to miejsce, które niegdyś zamieszkiwał jego ulubiony autor książek. W opuszczonym domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, przez które Eddie i jego przyjaciele wpadają w nie lada kłopoty. Czy uda im się z nich wybrnąć i czy rozwiążą zagadkę zaginięcia Nathaniela Olmsteada? Tego dowiecie się, zagłębiając się w powieść Dana Poblockiego, amerykańskiego autora powieści grozy dla młodzieży.
"Klucz do zaświatów" upolowałam w pewnej poznańskiej księgarni za całe dziewięć złotych. Urzekła mnie okładka książki (tak, jestem z tych, którzy mimo wszystko oceniają książkę po okładce), więc postanowiłam zakupić powieść. Czy żałuję? Nie. Uważam, że była to ciekawa pozycja, pomimo, że nie jest ona arcydziełem. Ale zacznijmy od początku...
Przyznam, że było to moje pierwsze spotkanie z historią, w której to postacie z książek czy filmów wychodzą do świata głównych bohaterów. Nie zawiodłam się i mam nadzieję, że wkrótce znowu sięgnę po tego typu książkę. "Klucz do zaświatów" zapewnił mi kilkadziesiąt minut bardzo dobrej zabawy. O ile "zabawą" można nazwać przeżywanie pewnych sytuacji i nieraz banie się razem z bohaterami powieści. Historia Dana Poblockiego wciągnęła mnie i sprawiła, że podróż autokarem nad morze stała się krótsza i przyjemniejsza. Jak już wspominałam, nie jest to jednak arcydzieło. Zwłaszcza przy końcówce akcja stała się bardzo przewidywalna. Na jakiś czas przed zakończeniem wiedziałam już, co się zdarzy. Nie przeszkodziło to jednak przy trwaniu z książką do finału.
Bohaterowie byli raczej przeciętni. Tacy, jak odbiorcy książki - mieli swoje wady, zalety, problemy, zainteresowania. Nie zostali oni jednak zarysowani tak, aby można było ich zapamiętać na dłużej. Ot, chłopacy i dziewczęta, jakich wielu. Czy pozwala to się utożsamić z bohaterami? W pewnym sensie - tak.
"Klucz do zaświatów" został napisany językiem lekkim, zrozumiałym dla młodszych i starszych. Jest to coś, co lubię. Nie zabrakło tu opisów miejsc czy przedmiotów, nie było też ich w nadmiarze. Wydarzenia opisane zostały ze szczegółami - spory plus!
Podsumowując... Powieść Dana Poblockiego nie jest arcydziełem. Określiłabym to raczej jako książkę na wolne popołudnie czy wieczór, kiedy ma się ochotę na coś lżejszego. Coś, przy czym można dostać dreszczy, jednak zdecydowanie nie dorównuje to powieściom grozy m.in. Stephena Kinga. Komu mogę polecić? Raczej nastolatkom. Osoby starsze mogą (ale nie muszą!) poczuć się rozczarowane "Kluczem do zaświatów".
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
tłumaczenie: Maciejka Mazan
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 2010
okładka: miękka
liczba stron: 272
gatunek: młodzieżowa powieść grozy
ISBN: 978-83-10-11823-3
moja ocena: 7/10
Eddie jest wielkim fanem pisarza Nathaniela Olmsteada. Przeprowadza się on wraz ze swoimi rodzicami i książkami osławionego autora horrorów do miasteczka Gatesweed. Co ciekawe, okazuje się, że jest to miejsce, które niegdyś zamieszkiwał jego ulubiony autor książek. W opuszczonym domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, przez które Eddie i jego przyjaciele wpadają w nie lada kłopoty. Czy uda im się z nich wybrnąć i czy rozwiążą zagadkę zaginięcia Nathaniela Olmsteada? Tego dowiecie się, zagłębiając się w powieść Dana Poblockiego, amerykańskiego autora powieści grozy dla młodzieży.
"Klucz do zaświatów" upolowałam w pewnej poznańskiej księgarni za całe dziewięć złotych. Urzekła mnie okładka książki (tak, jestem z tych, którzy mimo wszystko oceniają książkę po okładce), więc postanowiłam zakupić powieść. Czy żałuję? Nie. Uważam, że była to ciekawa pozycja, pomimo, że nie jest ona arcydziełem. Ale zacznijmy od początku...
Przyznam, że było to moje pierwsze spotkanie z historią, w której to postacie z książek czy filmów wychodzą do świata głównych bohaterów. Nie zawiodłam się i mam nadzieję, że wkrótce znowu sięgnę po tego typu książkę. "Klucz do zaświatów" zapewnił mi kilkadziesiąt minut bardzo dobrej zabawy. O ile "zabawą" można nazwać przeżywanie pewnych sytuacji i nieraz banie się razem z bohaterami powieści. Historia Dana Poblockiego wciągnęła mnie i sprawiła, że podróż autokarem nad morze stała się krótsza i przyjemniejsza. Jak już wspominałam, nie jest to jednak arcydzieło. Zwłaszcza przy końcówce akcja stała się bardzo przewidywalna. Na jakiś czas przed zakończeniem wiedziałam już, co się zdarzy. Nie przeszkodziło to jednak przy trwaniu z książką do finału.
Bohaterowie byli raczej przeciętni. Tacy, jak odbiorcy książki - mieli swoje wady, zalety, problemy, zainteresowania. Nie zostali oni jednak zarysowani tak, aby można było ich zapamiętać na dłużej. Ot, chłopacy i dziewczęta, jakich wielu. Czy pozwala to się utożsamić z bohaterami? W pewnym sensie - tak.
"Klucz do zaświatów" został napisany językiem lekkim, zrozumiałym dla młodszych i starszych. Jest to coś, co lubię. Nie zabrakło tu opisów miejsc czy przedmiotów, nie było też ich w nadmiarze. Wydarzenia opisane zostały ze szczegółami - spory plus!
Podsumowując... Powieść Dana Poblockiego nie jest arcydziełem. Określiłabym to raczej jako książkę na wolne popołudnie czy wieczór, kiedy ma się ochotę na coś lżejszego. Coś, przy czym można dostać dreszczy, jednak zdecydowanie nie dorównuje to powieściom grozy m.in. Stephena Kinga. Komu mogę polecić? Raczej nastolatkom. Osoby starsze mogą (ale nie muszą!) poczuć się rozczarowane "Kluczem do zaświatów".
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
sobota, 10 maja 2014
[Książka] "Gildia Magów" - Trudi Canavan
tytuł oryginalny: The Magicians' Guild
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
cykl: Trylogia Czarnego Maga [#1]
wydawnictwo: Galeria Książki
rok wydania: 2012
okładka: miękka
liczba stron: 478
gatunek: fantasy
ISBN: 978-83-62170-53-1
moja ocena: 5/10
Sonea jest młodą mieszkanką slumsów Imardinu. W dniu Czystki, razem ze swoimi przyjaciółmi wybiera się ona na główny plac dzielnicy miasta, aby wyrazić swoją wściekłość z powodu złego potraktowania jej bliskich. Zachęcona przez innych ludzi stojących w pobliżu, Sonea ciska kamieniem w stronę magów, którzy są osłonięci magiczną tarczą. Ku zdziwieniu wszystkich, kamień przechodzi przez barierę i uderza w jednego z mężczyzn za nią stojących. Tym sposobem Gildia dowiedziała się, że w mieście znajduje się nieszkolona magiczka, która wkrótce może stanowić zagrożenie dla siebie i środowiska. Aby temu zapobiec, magowie muszą ją odnaleźć i wyszkolić. Czy im się to uda zanim moc Sonei wyrwie się spod jej kontroli? Jak potoczą się dalsze losy nastolatki?
Po książkę sięgnęłam zachęcona pozytywnymi opiniami na różnych blogach i stronach internetowych. Postawiłam więc poprzeczkę dość wysoko. Niestety, książka nie spełniła moich oczekiwań. Spodziewałam się porywającej fabuły, gwałtownych i nieoczekiwanych zwrotów akcji, ciekawych bohaterów. Cóż dostałam? O tym poniżej.
Z początku książka faktycznie może wciągać. Wkrótce jednak fabuła staje się przewidywalna, a czytanie jest rutyną i oczekiwaniem na koniec. Faktem jest, że w dalszych częściach również były momenty ciekawe, jednak stanowiły one niewielką część całej powieści. Bohaterowie również nie należą do interesujących. Większość nich była bezbarwna, pozbawiona "tego czegoś" co sprawia, że dana postać potrafi mocno wyryć się w pamięci. Jedynym bohaterem, który mnie chociaż trochę zainteresował, był Fergun. Nie chcę się o nim rozpisywać, bo musiałabym zdradzić sporą część fabuły, jednak dla niego warto przebrnąć przez kolejne rozdziały. Nawet, jeśli ciężko jest go w jakikolwiek sposób polubić.
Podsumowując. "Gildia magów" jest książką przeciętną. Myślę jednak, że może ona się nadawać jako "odmóżdżacz" na chwile bez poważniejszych powieści. Starych wyjadaczy wśród fantastów może ona rozczarować. Jeśli nie postawi się poprzeczki zbyt wysoko, czytanie "Gildii magów" może stać się przyjemnością.
[Nie chcę, aby były jakieś nieporozumienia, więc chcę od razu wytłumaczyć sprawę. :) Recenzje brane są z mojego bloga i wszystkie, które tu zamieszczam są mojego autorstwa. Proszę nie oskarżać mnie więc o kopiowanie z innego bloga, gdyż ten blog jest mój i mam prawo robić z tekstami co tylko chcę. Pod każdą recenzją książek, którą zamieszczę tutaj na blogu, będzie wklejony link do mojego bloga, do miejsca oryginalnego, skąd skopiowałam recenzję.]
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
cykl: Trylogia Czarnego Maga [#1]
wydawnictwo: Galeria Książki
rok wydania: 2012
okładka: miękka
liczba stron: 478
gatunek: fantasy
ISBN: 978-83-62170-53-1
moja ocena: 5/10
Sonea jest młodą mieszkanką slumsów Imardinu. W dniu Czystki, razem ze swoimi przyjaciółmi wybiera się ona na główny plac dzielnicy miasta, aby wyrazić swoją wściekłość z powodu złego potraktowania jej bliskich. Zachęcona przez innych ludzi stojących w pobliżu, Sonea ciska kamieniem w stronę magów, którzy są osłonięci magiczną tarczą. Ku zdziwieniu wszystkich, kamień przechodzi przez barierę i uderza w jednego z mężczyzn za nią stojących. Tym sposobem Gildia dowiedziała się, że w mieście znajduje się nieszkolona magiczka, która wkrótce może stanowić zagrożenie dla siebie i środowiska. Aby temu zapobiec, magowie muszą ją odnaleźć i wyszkolić. Czy im się to uda zanim moc Sonei wyrwie się spod jej kontroli? Jak potoczą się dalsze losy nastolatki?
Po książkę sięgnęłam zachęcona pozytywnymi opiniami na różnych blogach i stronach internetowych. Postawiłam więc poprzeczkę dość wysoko. Niestety, książka nie spełniła moich oczekiwań. Spodziewałam się porywającej fabuły, gwałtownych i nieoczekiwanych zwrotów akcji, ciekawych bohaterów. Cóż dostałam? O tym poniżej.
Z początku książka faktycznie może wciągać. Wkrótce jednak fabuła staje się przewidywalna, a czytanie jest rutyną i oczekiwaniem na koniec. Faktem jest, że w dalszych częściach również były momenty ciekawe, jednak stanowiły one niewielką część całej powieści. Bohaterowie również nie należą do interesujących. Większość nich była bezbarwna, pozbawiona "tego czegoś" co sprawia, że dana postać potrafi mocno wyryć się w pamięci. Jedynym bohaterem, który mnie chociaż trochę zainteresował, był Fergun. Nie chcę się o nim rozpisywać, bo musiałabym zdradzić sporą część fabuły, jednak dla niego warto przebrnąć przez kolejne rozdziały. Nawet, jeśli ciężko jest go w jakikolwiek sposób polubić.
Podsumowując. "Gildia magów" jest książką przeciętną. Myślę jednak, że może ona się nadawać jako "odmóżdżacz" na chwile bez poważniejszych powieści. Starych wyjadaczy wśród fantastów może ona rozczarować. Jeśli nie postawi się poprzeczki zbyt wysoko, czytanie "Gildii magów" może stać się przyjemnością.
[Nie chcę, aby były jakieś nieporozumienia, więc chcę od razu wytłumaczyć sprawę. :) Recenzje brane są z mojego bloga i wszystkie, które tu zamieszczam są mojego autorstwa. Proszę nie oskarżać mnie więc o kopiowanie z innego bloga, gdyż ten blog jest mój i mam prawo robić z tekstami co tylko chcę. Pod każdą recenzją książek, którą zamieszczę tutaj na blogu, będzie wklejony link do mojego bloga, do miejsca oryginalnego, skąd skopiowałam recenzję.]
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
Subskrybuj:
Posty (Atom)







