Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2015

Andrzej Ziemiański - "Pomnik Cesarzowej Achai Tom I"

[źródło]
Tytuł: Pomnik Cesarzowej Achai Tom I
Tytuł oryginalny: Pomnik Cesarzowej Achai Tom I
Autor: Andrzej Ziemniański
Data premiery: 4 kwietnia 2012
Wydawca: Fabryka Słów
Liczba stron: 688
Moja ocena: 7/10

"Pomnik cesarzowej Achai był tak duży, że wyrastał nawet nad okoliczne skały. Kai skrzywiła się patrząc na wykute w kamieniu wyobrażenie dziewczyny sprzed paruset lat. Miała dziwną twarz o wyrazie arogancji i pewności siebie, patrzyła gdzieś w przestrzeń, ponad piaskami pustyni otaczającymi szkołę czarowników. Ciekawe czy naprawdę była taka brzydka, czy to tylko wyobrażenie nieznanego rzeźbiarza, który uważał, że cesarzowa powinna wyglądać chamsko i butnie? Chwała cesarstwa przede wszystkim, ponad kobiecość? Podobno baba była tak dobra w mieczu, że pokonała samego Viriona. Kai pamiętała to z nudnych wykładów w szkole. Kurza dupa! Wzruszyła ramionami. A kto to był Virion?"

Z trylogią o walecznej Achai zapoznałam się już dość dawno temu. Mój wiek oscylował wtedy około 15 lat i do dziś seria ta należy do kanonu moich ulubionych. Z perspektywy czasu sama nie wiem, czy była to lektura ówcześnie do końca odpowiednia dla mnie, jednak wyszłam z tego cało i postanowiłam przekonać się, czy powrót do świata Achai udał się panu Ziemiańskiemu, czy wręcz przeciwnie. Dość sceptycznie podchodziłam do "Pomnika Cesarzowej Achai", czytałam wiele negatywnych recenzji, a mi samej wydawało się to lekkim "odgrzewaniem kotleta". W końcu jednak ciekawość zwyciężyła i ponownie wkroczyłam do świata, jaki znałam z "Achai"

Tysiąc lat po śmierci Achai królestwo Arkach stało się potężnym imperium, które jednak przeżywa wewnętrzny kryzys - szereg niepowodzeń w walkach z tajemniczymi Potworami znacznie osłabił armię. Jednocześnie okazuje się, iż świat, z którym Ziemiański zaznajomił nas w poprzedniej serii jest większy, niż myśleliśmy - od innej, bardziej zaawansowanej cywilizacji, cesarstwo dzielą Góry Bogów. Rzeczpospolita, bo dokładnie o tym kraju mówimy, znalazła sposób, by sforsować nieprzebyte góry - dochodzi do konfrontacji dwóch, skrajnie różnych kultur. Dodatkowo wszystko przeplatają wątki dziwnych inżynierów, Pomnika Cesarzowej Achai, który zdaje się grać kluczową rolę, i walki z Potworami, różnorodności autorowi odmówić nie można.

Fabuła, jak to u Ziemiańskiego była, jest wielowątkowa. Poznajemy trójkę głównych bohaterów: Tomaszewskiego porucznika marynarki wojennej RP, który wraz z załogą, nie do końca świadomie, przekroczył Góry Pierścienia. Dochodzi wtedy do pierwszego zetknięcia z tutejszą ludnością. Tak też wątek drugiej z głównych bohaterów - czarownicy Kai, splata się z losami polskich marynarzy, a szczególnie jednego z nich, jak łatwo można się domyślić.
Ostatnią z postaci, którą autor wyróżnił jest Shen. Córka prostego rybaka, która uciekła z domu, by szukać lepszej przyszłości w imperialne armii.
Wszyscy bohaterowie są różnorodni, rozbudowani i dopracowani, jednak miałam też wrażenia, iż autor lekko inspirował się postaciami z "Achai" tworząc nową serię. Shen, która ze swoim wojskowym życiem nieco przypominała mi samą Achaję właśnie, nie do końca przypadła mi do gustu - jej historia nie zaciekawiła mnie i rozdziały z jej perspektywy były nudniejszymi w całej książce. Moim ulubieńcem jest Tomaszewski, który chyba najbardziej wybija się przed szereg. Kai, która z początku wydawała się całkiem obiecującą postacią, z czasem zaczęła lekko denerwować mnie swoją arogancją i pociągiem do władzy, jednak nie osiągnęło to takiego pułapu, by uznać ją za postać negatywną.

"Gra prowadzona przez istoty wyższe jest zawsze dla nas niepojęta, a jej objawy odczytywane jako cuda. My nigdy nie poznamy reguł tej gry, ani choćby jak się szachruje. Ale zawsze możemy ukraść coś ze stołu..."

Styl pisania Ziemiańskiego pozostał taki sam, jaki pamiętam z Achai - ciekawy, niebanalny, przetykany humorem, ironią i sarkazmem. Mogą znaleźć się osoby, którym kompletnie nie przypadnie do gustu, jednak dla mnie jest on świetny, a przez to książkę czyta się szybko i przyjemnie. Nie raz i nie dwa śmiałam się w głos z dialogów bohaterów! Widać jednak, nie nazbyt wielką, ale zmianę - autor z pewnością ograniczył ilość wulgaryzmów, krwawych opisów i scen seksu, które były niemal flagowe dla poprzedniej serii. Ogólnie rzecz ujmując, można rzec, iż "Pomnik" jest bardziej ugrzecznioną wersją, przeznaczoną z pewnością do nieco szerszego grona. Czasem łapałam się na tym, iż brakuje mi owych brutalnych i gwałtownych scen, jednak w ogólnym rozrachunku wyszło to dość dobrze - klimat pozostał, jednak w każdej strony nie krzyczą dosadne epitety.


Jak już wspomniałam, przygody Achai czytałam już dość dawno, więc trudno wymagać, bym pamiętała całą historię ze szczegółami. "Pomnik" jako swoista kontynuacja pełen jest nawiązań do trzech poprzednich tomów, jednak cała historia układa się w całość bez konieczności wygrzebywania z pamięci zamierzchłych szczegółów, co również przypadło mi do gustu. Nie lubię uczucia zagubienia, kiedy wracam do dawno czytanej serii i kompletnie nie wiem, co, gdzie i dlaczego, a nic nie układa się w ciąg przyczynowo - skutkowy, bo nie pamiętam wszystkiego.

Podsumowując, "Pomnik Cesarzowej Achai" to godny następna "Achai". Może nie idealny, czy wciągający tak samo, jednak wciąż dobry. Fani prozy Ziemiańskiego powinni zaspokoić swoje czytelnicze gusta i nie doznać kompletnego zawodu, jak to często bywa, kiedy autor porywa się z motyką na słońce i powraca do swojego dawnego dzieła. 




piątek, 28 listopada 2014

Jakub Ćwiek - "Kłamca"

[źródło]
Tytuł: Kłamca
Autor: Jakub Ćwiek
Data premiery: ok. 2005r
Wydawca: Fabryka Słów
Liczba stron: 272
Moja ocena: 8/10

"Odkąd nie ma Boga, anioły nie grają fair. I to tłumaczyłoby obecność Kłamcy...
Ocalony po szturmie na Valhallę Loki – adoptowany syn Odyna, patron oszustów i zdrajców – postanawia przystać do zwycięzców i staje się anielskim chłopcem na posyłki.
Szybko jednak okazuje się, że w świecie, gdzie zabłąkane, mitologiczne bóstwa bratają się z piekielnymi demonami, niezwykłe zdolności boga kłamstwa służyć mogą znacznie ważniejszym celom. Wyćwiczone sztuczki doskonale dezorientują wroga, a bezwzględność i pogarda wobec regulaminów i zasad czynią go naprawdę groźnym przeciwnikiem zła i występku. Tak przynajmniej sądzą archaniołowie, coraz bardziej zależni od pomocy nowego sojusznika. I może mają rację…
Ale Loki ma własne plany."


Z twórczością pana Ćwieka już dane było mi się spotkać. Nie były to spotkania złe, ale też nie świetne. Rzekłabym: ot, dobre. Jednak wciąż nie było mi po drodze z jego sztandarowym i chyba najbardziej wychwalanym dziełem, jakim jest oczywiście sławetny "Kłamca", aż wreszcie nadarzyła się okazja i nie zastanawiając się długo, przygarnęłam debiutanckie dzieło owego autora. 


"Kłamca", podobnie jak przeczytane już przeze mnie "Dreszcz" i "Chłopcy", jest zbiorem opowiadań. Opowiada o Lokim - adoptowanym synu Odyna, który po upadku Valhalli przechodzi na stronę pierzastych (nie)przyjaciół, a dokładniej rzecz ujmując - dostaje pracę. Od tej pory Loki wykonuje brudną robotę dla anielskich zastępów. Sprawdza się idealnie w swojej roli - jako bóg oszustwa i kłamstwa stosuje metody dość...niekonwencjonalne, lecz zawsze skuteczne. Loki jest o tyle ciekawą postacią, że na pierwszy rzut oka wydaje się być pozbawionym zasad moralnych egoistą, który wiecznie działa na swoją korzyść. W końcu czegóż spodziewać się po patronie oszustów? Taka postać, choć powinna wzbudzać w czytelnikach negatywne odczucia, działa całkowicie odwrotnie - tytułowego Kłamcy i jego usposobienia po prostu nie da się nie lubić. Zasługą tego jest świetna kreacja jego postaci, zresztą obecna również przy innych bohaterów - cała trójka archaniołów ma swoje charaktery, są wyjątkowi i inni od siebie, co staje się dość zabawne, kiedy spotykają się razem i ścierają się ich różne poglądy.


Dużą zaletą książki, jest również mnogość motywów, jakie w niej występują. mamy tutaj mieszankę chrześcijaństwa, wierzeń nordyckich, a gdzieś po drodze zahaczamy nawet o te perskie. Wszelakie motywy zaczerpnięte z owych kultur przenikają się wzajemnie tworząc jedną, zwartą całość. Zdawać by się mogło, że z połączenia tych, dość różnych, motywów nie wyniknie nic dobrego, jednak jest zupełnie inaczej - wszystko przysłowiowo "gra i śpiewa".  Autor wyraźnie ma wiedzę, o poszczególnych mitach i wierzeniach, którą wykorzystuje bardzo dobrze - kreuje świat, który jest ciekawy i różnorodny,a przy tym nie przesadzony - nie mamy wszechobecnego chaosu, gdzie bóstwa pochodzące z różnych religii hasają sobie bez ładu i składu.


Styl pisania autora jest lekka, ale nie nazbyt uproszczony. Loki zawsze ma na podorędziu jakąś kąśliwą uwagę, a ironiczny ton jego wypowiedzi wszystko ładnie podkreśla. I choć występują tutaj różnorakie wątki z innych kultur, nie ma dziwnych nazw i niezrozumiałych aluzji (np. do mitów), których zrozumienie byłoby konieczne, by w pełni pojąć sens danej wypowiedzi - wszystko napisane jest tak, by było zrozumiałe dla każdego. Innym aspektem stylu pisarza, który dość przeszkadza mi przy dwóch poprzednich jego dziełach, są przekleństwa. Jakub Ćwiek znany jest z dość licznych wulgaryzmów w swoich książkach, i choć sama do świętych nie należę, to w książkach ich nadmiar mi przeszkadza. W przypadku "Kłamcy" bardzo pozytywnie się zaskoczyłam - przekleństwa są, owszem, ale jest ich dużo mniej, niż choćby w "Chłopcach", a jeśli już się pojawią, to są dobrze wpisane w kontekst, tak, by tylko podkreślać wypowiedz danego bohatera, a nie być zwyczajnym "przerywnikiem".

"Kłamca" pióra Jakuba Ćwieka to książka lekka i przyjemna, którą czyta się w ekspresowym tempie - nie jest zbyt długo, a lekki styl autora tylko sprzyja jeszcze szybszemu pochłanianiu stronic. Jest to zbiór opowiadać, więc poszczególne historie różnią się poziomem - jednak są świetne, drugie zaś czytałam z obojętnością, co jednak jest czymś zupełnie naturalnym w przypadku takiej formy książki. Jeśli oczekujecie chwili rozrywki to przygody Lokiego będą dla Was lekturą idealną. tymczasem ja rozpoczynam już polowanie na tom drugi, a kto wie, może w moje łapki wpadnie od razu reszta, bo cała seria z pewnością jest godna przeczytania.


Rose.

sobota, 15 listopada 2014

Andrziej Pilipiuk - "Czarownik Iwanow"

Tytuł: Czarownik Iwanow
Autor: Andrzej Pilipiuk
Data premiery: ok. 2011
Wydawca: Fabryka Słów
Liczba stron: 272
Moja ocena: 6/10

"Jakub Wędrowycz jest jedną z najlepiej wykrojonych postaci polskiej fantasy. Opowiadania o wiejskim egzorcyście łączą wisielczy humor z nader precyzyjną obserwacją obyczajową. Ta ostatnia sprawia, że wszelkie potwory, demony i wampiry trapiące Jakuba Wędrowycza, są znacznie mniej przerażające niż podejrzenie, które ogarnia w pewnym momencie czytelnika - mianowicie, iż ów wiejski pejzaż krainy Wędrowycza nie jest jedynie fantazją."

Pierwszy tom przygód o niejakim Jakubie Wędrowyczu mile mnie zaskoczył, dlatego naturalnym jest, iż druga część prędzej czy później również wpadnie w moje ręce. "Czarownik Iwanow" to, podobnie jak pierwsza część, jest zbiorem opowiadań, jednak tutaj dominuje jedno, tytułowe, i 4, które są krótkim dodatkiem. Jest to coś nowego, do tej pory wszystkie opowiadania związane z barwną postacią egzorcysty amatora były raczej luźne i niepowiązane ze sobą, więc dłuższy tekst posiadający stały, ciągnący się wątek wielce mnie zainteresował. 


"Wrócili do domu. Iwanow nadal był nieprzytomny. Z jego ust wydobywał się nikły błękitny płomień. Jakub wzruszył ramionami i postawił czarownikowi czajnik na twarzy.

-Nu, niech się zagotuje - powiedział."

Stary Wędrowycz nie zmienił się nic a nic od ostatniej części. Nadal jest pozbawionym wszelakiej kultury i moralności bimbrownikiem, który w wolnych chwilach, ku rozpaczy zwierzyny leśnej, lubi upolować co nieco na linkę hamulcową a między czasie przebija trupy osikowym kołkiem, by te nie wysysały krwi mieszkańców wsi. Postać Jakuba nie uległa żadnej ewolucji i bardzo dobrze. gdyby autor zaczął kombinować, zmieniać jego charakter, podejrzewam, że nie skończyłoby się to zbyt dobrze. A tak to mamy poczciwego dobrego amatora napoi wyskokowych w swoim najlepszym wydaniu, przy czym pozostaje on wciąż postacią niezwykle wyrazistą, zachowującą swą oryginalność i satyryczne rysy. Przyznam szczerze, że w całym swoim czytelniczym życiu nie spotkałam i raczej nie spotkam bohatera takiego, jak Jakub - pozostanie on na szczycie listy moich ulubionych, dziwacznych postaci chyba na wieki.


Sam Jakub nie uległ zmian, jednak autor postanowił nieco skomplikować, czy też ułatwić, wedle uznania, jego życie wplatając w nie kobietę. I to nie byle jaką, bo młodziutką studentkę - Monikę, która pisze prace magisterską nie o kim innym, a właśnie o Jakubie. Nie martwcie się jednak, jakieś dziwne zawirowania między owymi bohaterami nie maja miejsca (czy tylko mi ten nieco obrzydliwy scenariusz przeleciał przez głowę, kiedy czytałam o przybyciu Moniki do wsi Jakuba?). 
Szczerze powiedziawszy, nowa postać nie wnosi niczego ciekawego do książki. Ot, to tu to tam Jakub ma z kim porozmawiać, a i można zaobserwować u niego pełgający płomyczek troski o drugą osobę. Monika nie wnosi wiele pozytywnego, ale jednocześnie jej postać nie była nazbyt denerwująca, co już samo w sobie jest ogromnym plusem. Nie zdzierżyłabym, gdyby zaserwowano mi kolejną głupiutką bohaterkę.



Jak już wspominałam wcześniej, drugi tom przygód nieustraszonego egzorcysty równi się nieco od pierwszego, albowiem przeważa w nim dłuższa historia, która tworzy jedną całość.Z początku wydawało mi się to świetnym rozwiązaniem, bo skoro luźniejsza całość wypadła dość dobrze, to większa historia z pewnością będzie strzałem w dziesiątkę. I tu niestety największe rozczarowanie. Pierwsze kartki były jak zwykle - przepełnione tym, co w Jakubie lubię najbardziej, jednak im dalej tym wszystko stawało się bardzo nużące. Niezwykle męczyła mnie walka egzorcysty z czarownikiem, była bardzo monotonna - co rusz Jakub łapał Iwanowa, by ten za chwile uciekł. I tak w kółko. Niby pomiędzy coś tam się działo, niby było śmiesznie, ale już nie było "tego czegoś".
Doszło do tego, że z utęsknieniem oczekiwałam na koniec, kiedy wreszcie te "przepychanki: bohaterów dobiegną końca. I doczekałam się, a tam czekały na mnie, również wcześniej wspomniane, 3 opowiadania, które w zamyśle miały być dodatkiem do właściwej historii, a w rzeczywistości stały się, przynajmniej w mojej opinii, głównym atutem całej książki.Były śmieszne, ciekawe i niekonwencjonalne, czyli właśnie takie, jakie lubię.

Choć z przykrością muszę stwierdzić, ze "Czarownik Iwanow" jest książka słabszą w porównaniu do pierwszej części, to ogólnie nie jest aż tak źle. Początkowe oczekiwania, które miałam dość wysokie, nie zostały zaspokojone, co mnie nie pociesza, jednak również nie powstrzyma przed sięgnięciem po kontynuację przygód Jakuba Wędrowycza. Pierwsza część mnie przypadła mi do gustu, druga rozczarowała. Żywię tylko nadzieję, iż trzecia powali mnie na kolana. Wszak nadzieja matką...
głupich?
bohaterów?

                                                                                                                                                 Rose.

środa, 1 października 2014

Andrzej Pilipiuk - Kroniki Jakuba Wędrowycza"

Tytuł: Kroniki Jakuba Wędrowycza
Autor: Andrzej Pilipiuk
Data premiery: 2011 (data przybliżona)
Wydawca: Fabryka Słów
Liczba stron: 296
Moja ocena: 8,5/10

"Polscy autorzy raczej unikają tematyki polskiej a nawet scenografii kraju ojczystego. Jeśli już postanowią napisać utwór fantastyczny którego akcja rozgrywa się w Polsce, to po pierwszej próbie z ulgą odskakują od niewygodnego tematu. Po Weselu w Atomicach Mrożka niełatwo jest ulokować się na serio a i na wesoło w Tu i Teraz. Andrzej Pilipiuk jest chlubnym wyjątkiem który nie przestraszył się starcia ze skrzeczącą rzeczywistością. Stworzył postać filozofa chwilami oscylującego w stronę menela, dziwaka i geniusza rycerza i dowcipnisia Polaka-Który-Potrafi, i Polaka któremu się chce. Do tego szlachetnego altruisty, który za trudy dla świata chce tylko dobrego słowa. I dobrego trunku. Masz problemy z duchami przodków? Coś stuka w Twoim domu? Sąsiad jest wampirem? Udaj się do Jakuba Wędrowycza najlepszego Cywilnego Egzorcysty w Kraju! Być może mieszka na zapadłej wsi na Ścianie Wschodniej być może odżywia się własnoręcznie pędzonymi trunkami i wygląda na starego kłusownika ale nie daj się zwieść pozorom! Jeszcze nie pojawił się wampir, kosmita, wilkołak czy upiór, który dałby radę nieustraszonemu egzorcyście w gumofilcach."


Postaci pana Pilipiuka chyba przedstawiać nie muszę, bo jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorów w kręgach polskiej fantastyki. Andrzej Pilipiuk 9-krotnie (!) nominowany do nagrody Zajdla, aż wreszcie uhonorowany nią w 2002 r,  głęboko zakorzenił się w kanonach polskiej literatury fantazy. Cykl o przygodach Jakuba Wędrowycza jest chyba jednym z najpopularniejszych, a zarazem najbardziej znanych dzieł w dorobku pisarza. Sama odniosłam wrażenie, że jest to książka, którą się albo kocha, albo nienawidzi. Opinie na jej temat są naprawdę skrajne, jedni kręcą głowami i dziwią się, jak komukolwiek mogą podobać się wypociny pana Pilipiuka, kiedy drudzy opiewają zalety przygód egzorcysty amatora pod niebiosa. Wiedziona ciekawością i zamiłowaniem do polskiej fantastyki, postanowiłam się przekonać, cóż między kartkami piszczy.



"Jakub myślał przez chwilę.

- Ciapuś! - wrzasnął wreszcie. - Gdzie jesteś, zdechlaku?

- Przecież nie masz psa - zdziwił się morderca.

Dwumetrowy pyton wystrzelił spod łóżka i owinął mu się wokół nóg.

- Co to jest? - zawył.
- Zdziwiony? To jest właśnie Ciapuś. Ciapuś, uduś pana."

"Kroniki Jakuba Wędrowycza", jak sama nazwa wskazuje, opowiadają właśnie o owym Jakubie.  któż to taki? Profesji jak przydomków ma wiele, jednak najbardziej znany jest jako egzorcysta - amator, jeden z najlepszych w kraju (albo i na świecie), zaprawiony kłusownik i bimbrownik. Zmora okolicznych władz, ale też również wszelakich istot nadnaturalnych. Tutaj muszę się zatrzymać i oddać głęboki ukłon w stronę autora, gdyż wykreował niesamowicie oryginalną postać. Jakub Wędrowycz to postać niepowtarzalna i bardzo wyróżniająca się na tle innych. Sama odniosłam wrażenie, że jest to bardzo przerysowana i uwydatniona wizja stereotypowego mieszkańca małej polskiej wsi. Prosty chłop, mieszkający w starym domu, nie za bardzo przejmujący się jutrem, a co dopiero władza i moralnością. W dodatku chroniczny alkoholik (czyż to już nie standard w przedstawianiu polaków w większości zagranicznych filmów?). Jakub Czytając dzieło pana Pilipiuka trudno stwierdzić, czy stary Wędrowycz to geniusz czy szaleniec. A może jedno i drugie? Tak tajemnej wiedzy chyba nikt nigdy nie dostąpi, tymczasem tytułowy bohater na pewno na długo zostanie mi w pamięci.




"Kroniki" są zbiorem opowiadań, a jak to już z takowymi zbiorami bywa, jedne opowiadania są lepsze niż inne. W przypadku tejże pozycji do grona tych lepszych należą te obszerniejsze teksty. Niektóre, szczególnie te krótsze wydają się być bardziej wtrąceniami. Niektóre czytałam bez większego zaciekawienia i jakichś większych emocji lekturze towarzyszących, a inne zaś wciągnęły mnie bez reszty. Ogólnie całość prezentuje cię dość dobrze, choć gdyby książka była dłuższa, to na samo wspomnienie bimbru rozbolałaby mnie głowa ( i to bez wcześniejszego spożywanie tegoż trunku), bo na każdej stronie znajduje się odniesienie do napojów wysokoprocentowych. Jest to raczej w żartobliwym kontekście, ale na dłuższa metę po prostu nudnym stałoby się powtarzanie tego samego w kółko. Przygody Wędrowycza raczej są dość niecodzienne i pasują do jego postaci. Różnorakie dziwne egzorcyzmy, zakładanie hotelu w ruderze i więzienie w jego podziemiach satanistów, czy też wytapianie metali z bomby atomowej do sprzedaży na złom to dla niego chleb powszedni. 
Akcja jest raczej nieprzewidywalna, nigdy nie wiesz, co się zdarzy i jest to duży plus. Przy lekturze na pewno nie pozujecie się znudzeni ani senni, a to naprawdę coś. Wiele książek wywołuje u mnie niepohamowane uczucie "chcę spać" i z pewnością "Kroniki" nie należą do tego grona.

"- Zrobili Cię proboszczem w Dębince Dworskiej?

- Tak.

- Co przeskrobałeś?
- Egzorcyzmowałem punków w Jarocinie.(...)"

Język, jakim napisana jest książka, stylizowany jest na prostą, wiejską mowę, jednak widać, że przy budowie takiego języka autor nieźle się namęczył. Wypowiedzi bohaterów są ciekawe, dowcipne i niestandardowe. Parę przekleństw również się znajdzie, jednak panu Pilipiukowi w tej kwestii do Ćwieka daleko. Bardzo dużo osób zarzuca, że dialogi przeładowane są owymi żartami, które nie są śmieszne, a tylko na takie się silą. Cóż, swoim skromnym zdaniem sądzę, że jest to raczej kwestia gustu.Ktoś lubi tego typu humor (hamburgery z psa, polowanie na wszystko co się rusza za pomocą linki hamulcowej etc) to nie będzie miał do tego zastrzeżeń, inni zaś zarzucać będą prymitywność i brak ogłady.
Mnie osobiście język bardzo się podoba, jest lekki, a jednocześnie śmieszny w odbiorze i dobrze dopełnia się z niekonwencjonalnymi bohaterami i satyrycznym światem przedstawionym. 

Podsumowując "Kroniki Jakuba Wedrowycza" to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy lubują się w polskiej fantastyce. Zdaję sobie sprawę, że jest to książka dość specyficzna i, tak jak mówiłam na początku, albo się ją lubi albo nienawidzi. Jedyne co pozostaje, to sięgnąć po nią i przeczytać choć pierwszy rozdział. 
Ja osobiście gorąco polecam, gdyż na mnie przygody starego egzorcysty wywarły bardzo pozytywne wrażenie i obecnie kończę już drugi tom.

                                                                                                                                                         Rose

poniedziałek, 1 września 2014

Jarosław Grzędowicz - "Pan Lodowego Ogrodu tom I"

Tytuł: Pan Lodowego Ogrodu - tom I
Autor: Jarosław Grzędowicz
Data premiery: 11 maja 2012
Wydawca: Fabryka Słów
Liczba stron: 545
Moja ocena: 8.5

Pan z Wami! Jako i ogród jego! Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Oślepną monitory, ogłuchną komunikatory, zamilknie broń. Tu włada magia.
Vuko Drakkainen samotnie rusza na ratunek ekspedycji naukowej badającej człekopodobną cywilizację planety Midgaard. Pod żadnym pozorem nie może ingerować w rozwój nieznanej kultury. Trafia na zły czas. Planeta powitała go mgłą i śmiercią. Dalej jest tylko gorzej. Trwa wojna bogów. Giną śmiertelnicy. Odwieczne reguły zostały złamane.


Polska fantastyka obca mi nie jest. Powiem więcej, pałam do niej sympatią i uważam, że swoim poziomem nie odbiega od zagranicznych dzieł. Ba! Często rodzime pozycje podobają mi się bardziej, niż rzekome bestsellery z amerykańskich list. Dlatego też chętnie sięgam po powieści tego typu, poznaje nowych autorów i zagłębiam się w historie napisane przez rodaków.

"Pan lodowego Ogrodu" to tytuł, który brzęczał mi gdzieś z tyłu głowy przez długi czas. Coś kojarzyłam, coś dzwoniło, ale nie wiadomo, w którym kościele. Ostatnio przez przypadek natknęłam na na pierwszy tom. Ówcześnie przeczytawszy kilka recenzji oraz informacji o autorze nie zastanawiałam się długo, zaczęłam czytać, choć małe obiekcje, czy tak do końca przypadnie mi do gustu.


"W słuchawkach hałas. Kontrola sprawdza ostatnie parametry, nadęta suka zaczyna

odliczać co sekundę. Co za głos. Obrażona walkiria w przededniu menstruacji. Mam nadzieję,

że nigdy jej nie spotkam."


W opisie książki wyraźnie widać wpływy sci-fiction, którego nie znoszę, stąd też wzięły się moje obawy, czy to aby na pewno książka dla mnie. Na szczęście, wpływy te pojawiają się tylko na początku i są niewielkie. Potem akcja jest czysto fantastyczna. 
Okazuje się bowiem, że gdzieś we wszechświecie istnieje planeta podobna do Ziemi, jednak jej rozwój zatrzymał się na poziomie średniowiecza. Nie to jest jednak najdziwniejsze. Nikt nie mówi o tym głośno, ale istnieją podejrzenia, iż istnieje tam, tfu, magia! 
Wtedy też poznajemy Vuko Drakkainena, pół-polaka a pół-chorwata, który podejmuje się misji ratunkowej., bowiem na ową planetę została wysłana ekipa badawcza, która zaginęła. Teraz trzeba posprzątać to, co narozrabiali, by nie zaburzyć równowagi obcej cywilizacji i to właśnie jest misją Vuko. Został on wyposażony w super nowoczesny sprzęt, dodatkowo wszczepiono mu pasożyta - cyfrala, dzięki któremu stał się nadczłowiekiem. Co go czeka na obcej planecie?
Całość fabuły prezentuje się dość zgrabnie i taka właśnie jest. Bohater wędruje po śladach, które napotyka, to tu to tam. Po drodze miewa przygody, zawiązuje przyjaźnie. Wszystko brzmi dość standardowo, jednak w świecie Midgaardu wypada ciekawie i barwnie. Muszę jednak przyznać , że książka podzielona jest na dość długie rozdziały, które noszą znamiona schematyczności. Każdy opowiada, mniej więcej, o jednym etapie podróży. Zaczyna się spokojnie, potem nagle jakaś akcja, która znika równie szybko jak się pojawia, potem znów zastój i na końcu jakiś mały wypadek, by zostawić niedosyt aż do następnego rozdziału. Nie nudziło to tak bardzo, jednak czasem bywało nużące. 
Przy fabule będąc, wiem, że wiele osób narzeka na wprowadzony nagle, w środku książki, drugi wątek. Mnie również zazwyczaj denerwuje takie przerywanie fabuły, czyta się czyta, książka wciąga a tu nagle bum! Nowy wątek, nowa historia i człowiek się denerwuje, że nie doczyta tego, w co się już wciągnął. Jednak przy tej pozycji, coś takiego miejsca nie ma. Historia Vuko, owszem, jest interesująca, ale trochę nużąca, ze względu na ową schematyczność wydarzeń, a wątek młodego cesarza jest dobrym przerywnikiem. Tak, czy owak, mnie druga historia zainteresowała i czekam tylko, kiedy drogi Vuko i dziedzica tronu się splotą.

"Zły koń! Bardzo zły, niepozytywny koń! Niedobry koń! Znaczy właściwie nie koń, tylko ten, renifer jakiś... Czy daniel... Cholera cię wie. Zły jeleń! Bardzo niedobre zwierzę wierzchowe nieznanego gatunku! Złe okapi! Brzydka żyrafa!"

Postacie, które wykreował Grzędowicz są bardzo dobre. Vuko ma wszystkie cechy bohatera, jakiego lubię. Jest pewny siebie i sarkastyczny, ale potrafi być też śmiertelnie poważny. Wykorzystuje swoje umiejętności i nie nigdy nie rozpacza. Przy tym zachowuje zimną krew, kiedy potrzeba, a jednocześnie okrasza wszystko celnym humorem. Inne postaci również zasługują na pochwałę. W obu watkach bohaterowie są dość charakterystyczni, mają swoje cechy charakteru i wyróżniają się na tle innych, nie są tylko przypadkowymi zlepkami słów, które bohater spotyka na swojej drodze, ale odgrywają, mniejsze lub większe, role.
W kwestii języka, jakim jest napisana owa pozycja zastrzeżeń nie mam, ba! Czyta się bardzo przyjemnie, nie występuje tutaj nadmierna ilość dziwnych i trudnych do szybkiego przyswojenia wyrazów, co jest duzym plusem. Wszak nie mamy ochoty zatrzymywać się dłużej przy danym fragmencie, a czytanie bez zrozumienia mija się z celem. nie brakuje tutaj również humoru, autor świetnie kreuje wypowiedzi vuko, wplatając w nie duża dozę sarkazmu, ironii i żartu. Nic dodać nic ująć!


"Pan Lodowego Ogrodu" to kawał dobrej fantastyki w polskim wydaniu. Sama jeszcze nie do końca jestem pewna, czy ta seria dołączy do grona moich ulubionych. pierwszy tom to wciąż pierwszy tom, ma na celu wprowadzenie, zapoznanie czytelnika z bohaterami, światem przedstawionym i innymi tego typu aspektami. Ogólnie rzecz ujmując, jest to pozycja dość tajemnica, szczerze powiedziawszy. Jak na razie o samym lodowym ogrodzie ni widu, ni słychu, więc autor chyba się przyczaił i pozostawił swoich czytelników w strefie domysłów.
Podsumowując, pierwsze wrazenie bardzo pozytywne, po drugi tom sięgnę na pewno, bo przygody Vuko i młodego cesarza wciągnęły mnie na tyle, by poznać kontynuacje. 
Więc jeśli tylko jesteście fanami fantastyki i macie ochotę na dozę klasycznego jej przykładu, to serdecznie polecam! 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Weim, że dzisiaj troche słabo, ale ogarniam się po 2 tyg przerwy wakacyjnej. Ksiązki się czytało, ale pisz tu teraz recenzje! i to dobre! No nic, mam tylko nadzieję, iż nie jest tak źle, a ja do końca nie utonę w szkolnym chaosie i nienapisanych recenzjach!
                                                                                                                                                            Evra

sobota, 5 lipca 2014

Peter V. Brett - "Malowany Człowiek Księga II"

Tytuł: Malowany Człowiek Księga II
Tytuł oryginalny: The Painted Man
Autor: Peter V. Brett
Data Premiery: 13 luty 2009
Wydawca:  Fabryka Słów
Liczba stron: 320
Moja ocena:  7,5

"Arlen, Leesha i Rojer wierzą, że ludzkość jest w stanie przeciwstawić się otchłańcom. I nie tylko oni, choć jedynie w odległej Krasji ludzie wypowiedzieli demonom otwartą wojnę. Co noc stają z nimi twarzą w twarz na ubitej ziemi – w naszpikowanym pułapkami Labiryncie. W obronie honoru przodków. Nie szczędząc ofiar i krwi.
Arlen, Leesha i Rojer są już dojrzałymi, doświadczonymi przez życie ludźmi. Odkrywają w sobie umiejętności i moce, które pozwolą im myśleć o próbie zmierzenia się z unicestwiającym świat złem. W krucjacie przeciwko potworom budzącym się do życia każdej nocy połączył ich nieubłagany los.To ostatni dzwonek dla ludzkości, ginącej w szponach opętanych żądzą mordu bestii."


Bardzo rzadko czytam kolejne tomy serii jeden po drugim. W przypadku "Malowanego Człowieka" było nieco inaczej, ponieważ w Polsce każdy tom podzielony jest na dwie księgi. Nie ukrywam, iż jestem z tego raczej niezadowolona, ale to właśnie przyczyniło się do tego, by przeczytać obie księgi jedna po drugiej, by oficjalnie powiedzieć, że przeczytałam tom pierwszy.


"Umarli nie poczują się gorzej, jeśli zapomnisz o winie i zaczniesz żyć własnym życiem"

Cóż mogę powiedzieć o księdze drugiej? Dostałam właśnie to, czego się spodziewałam. Pierwsza księga było swoistym wprowadzeniem, mało się w niej działo a bohaterowie wciąż się rozwijali. Następna część pierwszego tomu zaspokoiła moje oczekiwania, co do akcji, której było zdecydowanie więcej. Bohaterowie diametralnie się zmienili i ich charaktery i zachowanie również. Podoba mi się taka ewolucja, czyni książkę dużo ciekawszą, a i czyta się przyjemniej.
Zacznijmy od bohaterów, tak niepodobnych do tych dzieci, które poznajemy na początku pierwszej księgi. Wszyscy zyskali siłę, wiedzę i doświadczenie i zmienili się nie do poznania. Mają nowe cele, motywacje, które nimi kierują. Jest to duży plus w całości, mamy większe urozmaicenie, a i ja lubię silne charaktery, które rzeczywiście takie są, a nie tylko udają. Nadal nie za bardzo wiem, jaka jest rola Rojera, wciąż wydaje mi się piątą kulą u nogi, ale zapewne czeka na niego jakieś wielkie przeznaczenie w dalszych częściach, więc nie kwestionuje jego postaci. Co nie zmienia faktu, iż go nie lubię.
Jeśli jesteśmy już przy sympatiach, to w tej części pączkują pierwsze wątki miłosne między bohaterami. na początku pomyślałam, że zepsuje to całą, dość dobrą, książkę, ale spokojnie. Nie odgrywa on większej roli w tej części i jest tylko lekko zarysowany przy końcu książki, co mnie bardzo ucieszyło. Moje zdrowie psychiczne mogłoby być w niebezpieczeństwie, jeśli Brett wcisnąłby mdławy romans do świata opanowanego przez demony.


Będąc już przy aspekcie świata przedstawionego, to Brett skutecznie przekonuje nas, iż wcale go nie znamy tak dobrze, jak myśleliśmy. W księdze drugiej odkrywa nowe zagadnienia i prawa rządzące światem otchłańców pokazując, że to co było czarne nie do końca takowe pozostaje. Świat jest inny, niż myślą ludzie, a rządzący nimi strach przysłania racjonalne myślenie. To, co do tej pory było niemożliwe, wciela się w życie i staje się realne nie bardziej niż same demony. Jestem ciekawa, czy autor trzyma jeszcze coś w zanadrzu, by nas zaskoczyć w kolejnych częściach. Pod innymi względami świat się nie zmienia, wciąż są przerażeni, stłamszeni ludzi i demony wypełzające z otchłani w nocy. Normalka.
To, co jeszcze nie uległo zmianie, a co dopiero poprawie, to opisy, których tak mi brakowało w poprzedniej księdze. Tutaj również ich prawie wcale nie ma, ciężko wczuć się w klimat, a poczuć to, co w tej chwili przeżywa dany bohater, to już cud nad cudy. Niestety, jest to chyba największy minus tej pozycji, niemal zbrodnią jest zaniedbać mroczny klimat, który powinien panować w książce. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Wciąż brak mi tego uczucia, dzięki któremu śledzę losy bohaterów z zapartym tchem i przeklinam w myślach to, iż nie umiem czytać szybciej, byle tylko dowiedzieć się, co będzie dalej.


Podczas lektury drugiej księgi "Malowanego Człowieka" nie zmieniłam swojego zdania na temat tej pozycji. Wciąż uważam ją za dobrą, ale nie wybitną. Są książki gorsze, są i lepsze, ta jest gdzieś po środku. Nie zawiedziecie się, ale nie oczekujcie zbyt dużo, jak już powiedziałam przy okazji recenzji poprzedniej części. 
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ps. Przybyła do mnie wygrana w konkursie. Enjoy!


                                                                                                                                                       Evra.


wtorek, 1 lipca 2014

Peter V. Brett - "Malowany Człowiek. Księga I"

Tytuł: Malowany Człowiek Księga I
Tytuł oryginalny: The Painted Man
Autor: Peter V. Brett
Data Premiery: grudzień 2008
Wydawca: Fabryka Słów
Liczba stron: 504
Moja ocena: 6,5/10

Zaszczuta i zdziesiątkowana ludzkość przeklina noc. Z każdym zmierzchem, w oparach mgły, nadchodzą opętane żądzą mordu bestie. Przerażeni ludzie chronią się za magicznymi runami. Usiłują wymodlić dla siebie i najbliższych kolejny dzień życia. Rzeź ustaje bladym świtem, gdy światło zapędza demony z powrotem w Otchłań.
Rosną odległości między pustoszejącymi osadami. Wydaje się, że nikt ani nic nie zdoła powstrzymać otchłańców, kładąc tym samym kres zagładzie. W tym dogorywającym świecie dorasta troje młodych ludzi. Bohaterski Arlen, przekonany, że większym od nocnego zła przekleństwem jest strach przepełniający ludzkie serca. Leesha - jej życie zrujnowało jedno proste kłamstwo - nowicjuszka u starej zielarki, bardziej chyba przerażającej od krwiożerczych potworów. I Rojer, którego los na zawsze odmienił wędrowny minstrel, wygrywając mu na skrzypkach skoczną melodię.
Tych troje ma coś wspólnego - są uparci i przeczuwają, że prawda o świecie nie kończy się na tym, co im powiedziano. Czy odważą się jej poszukać, opuszczając chroniony runami azyl?


Tak tytułem spokojnego wstępu...któż był tag GENIALNY, by podzielić tę trylogie na części w Polsce? W innych krajach dało się wydać tylko trzy książki, ale nie, w naszym cudownym miejscu zamieszkania musieli dowalić z sześcioma książkami. Zdenerwowałam się, kiedy pierwsza część skończyła się w momencie, w którym zaczęło się coś dziać. Moją irytacje złagodził jedynie fakt, iż pod ręką miałam już księgę drugą, która mogła zaspokoić moją ciekawość.

A teraz, wylawszy rozdrażnienie, pozwólcie, że przejdę do właściwej recenzji, co by nie zabierać Wam więcej czasu.
O trylogii demonicznej słyszałam bardzo wiele pozytywnego, część z moich znajomych zalicza ją nawet do swoich ulubionych książek. Czy i w moim przypadku tak będzie, nie wiem, po pierwszej części ciężko powiedzieć mi cokolwiek w tej kwestii.
Brett miał bardzo oryginalny pomysł na świat przedstawiony i dość dobrze go wykorzystał. Nie mamy tutaj super mocy, ludzie są tylko ludźmi, a świat różni się od realnego tylko tym, iż co noc z otchłani przybywają demony spragnione ludzkiego mięsa. Nie byłoby jednak zabawy, gdyby nie obdarzyć ludzi obroną - tak powstały runy ochronne. Tylko ochronne, gdyż jedynie tworzą one barierę chroniącą przed bestiami, które są nieśmiertelne i nie można ich zabić. Dawne runy wojenne to jedynie pobożne życzenia.
Tak skonstruowany świat bardzo przypadł mi do gustu i przyznam, że jeszcze nie spotkałam się z podobnym pomysłem. Jest ciekawie, ale jednocześnie nie nazbyt abstrakcyjnie tak, że połączenie realnego świata i codzienności ludzi dobrze współgra z częścią fantastyczną. Trochę ciężko było przebić mi się przez pierwsze kartki, jednak tak często bywa, kiedy zaznajamiamy się z nowymi realiami w książce. Po ok. 20 stronach w świecie Bretta czułam się już jak ryba w wodzie, a może bardziej trafne będzie tutaj powiedzieć: jak demon w nocy.



Równie ważny aspektem każdej książki są bohaterowie. To ich losy śledzimy i to oni wywołują w nas najwięcej emocji. Tutaj głównych bohaterów mamy aż trzech. Czytając, nie byłam przygotowana na historię więcej niż jednego bohatera i kiedy zaczęłam się już coraz bardziej wciągać w losy Arlena rozdział się skończył a tu bum! Mamy opowieść o Leeshy. Na początku mnie to zdenerwowało, obawiałam się, że autor będzie chciał naćpać książkę postaciami niczym król Martin(u którego to się kupy trzyma, ale tutaj mogłyby powstać niezłe zgrzyty), ale na szczęście poprzestał na 3 głównych bohaterach, a ja szybko zapomniałam o wywołanej irytacji, gdyż historie pozostałej dwójki były równie ciekawie, co Arlena i nie nudziłam się.
Każda z trojga postaci ma swoją historię, widzimy zmiany, jakie zachodzą w ich światopoglądzie i charakterze i stopniowe kształtowanie się ich samych. Ich dorastanie nie jest przedstawione szczegółowo, jednak podoba mi się, iż autor pokazał nam, jak zyskali wiedzę i umiejętności dzięki latom ciężkiej pracy, a nie wymyślił sobie, że 13-latek będzie mistrzem w rysowaniu runów, przerastającym wiedzą wiekowych mędrców w swoich fachu.
Ogólnie ujmując, bohaterowie są dobrze skonstruowani, mają swoje charaktery i poglądy, jednak całkowicie się od siebie różnią i ciekawi mnie, jak będą dogadywać się razem, bo jestem pewna, że Brett splecie ich losy ze sobą, choć jasnowidzem nie jestem i mylić się mogę.
Najbardziej polubiłam Arlena i Leeshe, lubię silnych bohaterów, jednak nie powiewających sztucznością i właśnie ta dwójka spełniła moje oczekiwania. Nie wiem za bardzo, jaką rolę w całej historii miałby odgrywać Minstrel, ale zapewne wkrótce się dowiem.


Fabuła należy do tych prostych i niezbyt zaskakujących, ale złoże to na karb tego, iż jest to pierwsza część, w której niezbyt dużo się dzieje, a jej zadaniem jest wprowadzenie nas w świat opanowany nocą przez otchłańców. Jednym słowem, jest to zapoznanie i swoisty wstęp do następnych części. znajdziemy tu odpowiedzi po co, na co i dlaczego tak a nie inaczej. Co się stało, że bohater jest jaki jest i dlaczego postąpił tak a nie inaczej. Nawet jako książkę, która ma przygotować grunt pod resztę historii czyta się ją zaskakująco dobrze i szybko, nie nudzi, nie dłuży się, ale też nie mamy tutaj fajerwerków i spektakularnych zwrotów akcji. Nie ma w niej nic, co wywołałoby wypieki na mojej twarzy i zaparty dech podczas czytania. Dla mnie nie było w niej nic ekscytującego, ale też nic wywołującego negatywne odczucia.
Mankamentem tej części są dość słabe opisy, przez które ciężko wczuć się w klimat i daną sytuacje. Autor skupia się na wrażeniach fizycznych i trochę odpycha psychikę bohaterów na dalszy tor, którego, ośmieliłabym się rzec, prawie wcale nie ma. Niemal uniemożliwia to poczucie grozy, która powinna panować w świecie, w którym istnieją demony i winna towarzyszyć nam przez większą część książki. Szkoda, bo wtedy książka wiele by zyskała i na pewno czerpałabym więcej przyjemności z czytania.

"Tylko głupiec nie wie co to strach"

Uczciwie mogę rzec, iż książka jest dobra. Nie wspaniała, nie wybitna, ale też nie zaliczam jej do gatunku "dno i trzy metry mułu". Już rozpoczęłam czytanie drugiej księgi i uczciwie mogę rzec, że dzieje się w niej o wiele więcej, więc autor nie powinien mnie rozczarować. Szczerze mówiąc, nie ma co się rozpisywać na jej temat, przekonajcie się sami. Ci z was, którzy są sympatykami klasycznego fantasy nie powinni czuć się zawiedzeni, o ile nastawią się na lekturę dobrą, a nie porywającą.

                                                                                                                                                  Evra.

niedziela, 29 czerwca 2014

Jakub Ćwiek - "Dreszcz"

Tytuł: Dreszcz
Autor: Jakub Ćwiek
Data Premiery: 20 marca 2013
Wydawca: Fabryka Słów
Liczba stron: 296
Moja ocena: 6/10

Oto Dreszcz! Rock N' Roll is Not Dead! 
Keith Richards na osiedlu Tysiąclecia? Why not?! 
Rychu Zwierzchowski wiedzie żywot pasożyta-luzaka - sex drugs and rock n’roll. Pije, pali, gra na streecie i usilnie stara się nie znaleźć poważnej, regularnej pracy. Utrzymuje go córka, która co jakiś czas dba o uzupełnienie jego finansowych potrzeb.
Całe życie „Dreszcza” to koncerty i AC/DC ponad wszystko.
Są przyjaciele i wrogowie, choć tych drugich rzecz jasna więcej. Aż pewnego dnia „Dreszcz” obrywa piorunem i... zyskuje nowe super moce. Tylko czy to coś zmienia?
Jak to u Ćwieka bywa - muza głośno ryczy, a każda strona wali po uszach siłą decybeli. Tak było w „Kłamcy”, tak jest w „Dreszczu”. I dobrze.


Jakub Ćwiek powszechnie kojarzy się ze sławetnym "Kłamcą" i jego kontynuacją, o której nasłuchałam się wiele dobrego i nic złego, co zakrawa o małą anomalię. Moja ciekawość, co do twórczości Ćwieka wzrosła na tyle, by rozpocząć poszukiwania książek jego autorstwa i wcisnąć je na początek kolejki "do przeczytania". Los chciał jednak, bym nie trafiła na wychwalanego "Kłamcę" ale na nieco młodszego "Dreszcza", który jednak zaciekawił opisem na tyle, by nie uznać moich łowów za porażkę. Tak oto miałam swój "pierwszy raz" z twórczością pana Ćwieka. Co z tego się urodziło? 
Zacznijmy od początku, a jest on niebywale motywujący do dalszego czytania, gdyż rozpoczyna się od osobliwego i dość żartobliwego ostrzeżenia, po którym chęci do czytania rosną dwukrotnie:
"W trosce o Twoje zdrowie psychiczne, komfort wyznaniowoświatopoglądowt, orientację seksualną, zainteresowania sportowe i muzyczne, gusta dotyczące mody a także - a może przede wszystkim - wrażliwość na słowa powszechnie uważane za wulgarne o obelżywe pragnę przestrzec, iż gdy tylko skończy się ta strona i przewrócisz kartkę, jednocześnie skończy się dla Ciebie sfera ochronna. Możesz więc zaprzestać lektury w tym miejscu i przyjść na spotkanie autorskie, a ja narysuję Ci pod tym wstępem kwiatek jako symbol Twej nieskalanej niewinności"
Po takim wstępie i okładkowym opisie oczekiwałam dobrej zabawy podczas czytania, ogrom śmiesznych(!) żartów i sytuacji. Przewróciłam więc kartkę, zaprzepaszczając tym samym swoje szanse na kwiatuszka od autora, i rozpoczęłam lekturę.


Nie wiedząc od czego zacząć, rozpocznę od absurdu tej książki. Realizmu w niej tyle, co kot napłakał, a może i mniej. Trudno uwierzyć w wydarzenia, które się tam dzieją, nie ma nawet styczności z realnym światem. Jasne, fantasy to fantasy, nie ma być rzeczywiste, ale nawet przyziemne rzeczy i zachowania zwykłych ludzi są nieco abstrakcyjne. Weźmy motywy kierujące młodym Benjaminem, czy ktokolwiek mógłby uwierzyć, że porzucił dom i przyszłość, by stać się lokajem podstarzałego rockmana? Nie wydaje mi się. Możecie powiedzieć, że szukam dziury w całym, ale opisuje tylko swoje wrażenia, choć na pewno dużej części czytelników spodoba się takie postawienie sprawy lub nawet nie zwrócą szczególnej uwagi na takie szczegóły mi jednak rzuciło się to w oczy już w połowie książki, bo sytuacje są czasem wydumane, nie wiadomo po co i dlaczego akurat tak się dzieje lub dany bohater postępuje tak czy inaczej.
Jeśli chodzi o samych własnie bohaterów to są i to jacy! Ćwiek nie próżnował, bo książka obfituje w taką różnorodność postaci, że czego jak czego, ale inwencji twórczej to autorowi odmówić nie można. Mamy tutaj bowiem podstarzałego rockmana, grubego, poczciwego ślązaka, bogatego, nad wyrost poważnego anglika, bandę mimów z super mocami, szalonego doktora, ludzi posklejanych, niczym Frankenstein, z kawałków ciał świętych czy chociażby masowo ujawniających się superbohaterów. Niestety,wszyscy są tylko lekko zarysowani, łącznie z głównymi bohateramiŻyć nie umierać, powiedziałabym. Szkoda tylko, że książka jest zbyt krótka, by dobrze oddać charaktery ich wszystkich oraz wycisnąć możliwości z postaci do ostatniej kropli. Mogę zapewnić, iż taka różnorodność nie koliduje ze sobą tworząc książkę naćpaną dziwnymi ludźmi, ponieważ bohaterowie nie pojawiają się w książce równocześnie, a są dozowani, powiedziałabym, stopniowo w poszczególnych historiach zawartych w książce, by później połączyć się w mniej lub bardziej logiczną całość fabuły.

- Co mi się stało? - zapytał.

- Wersja dugo czy krótko?
- Krótka.
- Pieron cie ciulnoł.


Co do samego języka książki, jest tak, jak na początku ostrzegał autor. Mięsko leci na każdej stronie, bardziej lub mniej pasując do danej wypowiedzi, a postacie raczej nie przejmują się kwestami dydaktycznymi czy etycznymi ( nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało). Język jest stylizowany na potoczną mowę, jednak widać tutaj na siłę wprowadzane żarty, które towarzyszą niemal każdej wypowiedzi. Ćwiek chyba ze wszystkich sił starał się zrobić książkę, która bawi każdą literką, niestety nie do końca się udało. Trochę powiewa sztucznością, jednak spora część żartów rzeczywiście wywołuje drgania w kąciku ust, które można uznać za uśmiech. Wypowiedzi poczciwego Alojza, którego bardzo polubiłam, czasem ciężko odczytać, bo jego mowa naśladuje śląską gwarę i chyba miała pozwolić czytelnikom poczuć katowicki klimat. Intencje może i były dobre, ale przysporzył mnie i podejrzewam też, że wielu innym, nie lada wyzwania w postaci odszyfrowywania wypowiedzi grubego Alojzego. Ciężko się to czytało i czasem denerwowało, ale dało się przebrnąć.
Wydarzenia są nierealne i żywcem wyjęte z jakiegoś podrzędnego komiksu, ale niektóre sytuacje są po prostu trochę...żałosne? niesmaczne? Chodzi mi tu dokładnie o te wszystkie dziewoje, które zlatywały się do naszego Zwierza jak muchy, a i on nie szczędził nam lekcji marnego podrywu. Jakoś niezbyt mi było z wyobrażeniem podstarzałego mężczyzny i wijącej się wokół niego niegrzecznej osiemnastki (zazwyczaj oby tyle miała).
Mimo wszystkich tych wad i niedociągnięć książkę czyta się szybko i dość przyjemnie, jeśli przymruży się oko na to i owo oraz zaakceptuje nierealność wydarzeń i decyzji bohaterów. Na każdym kroku towarzyszy nam rock n' roll i ktoś, kto słucha podobnej muzyki będzie się czuł jak ryba w wodzie podczas lektury tej pozycji. Ja ze swoimi nieco cięższymi gustami muzycznymi również nie narzekałam.
Sama trochę się rozczarowałam. jednak to chyba przez to, iż miałam zbyt wygórowane wymagania co do książki, która niestety im nie sprostała. Podchodząc do niej bez oczekiwań na szał i fajerwerki stanie się nawet dobrym wypełniaczem wolnego czasu, swoistym odmóżdżaczem, jak ja to nazywam tego typu, niewymagające, książki.
It's a long way to the top panie Ćwiek. Zobaczymy czy Kłamca sprosta moim oczekiwaniom, mam nadzieję, że już niedługo.

                                                                                                                                                                                                         Evra.