Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2015

Stephen King - "Misery"

Tytuł: Misery
Tytuł oryginalny: Misery
Autor: Stephen King
Data premiery: 26 marca 2006 (nowsze wydanie)
Wydawca: Pruszyński i S-ka
Liczba stron: 368
Moja ocena: 9/10

"Paul Sheldon jest autorem poczytnych tandetnych romansideł. Jego cykl o Misery Chastain zdobył ogromną popularność. Autor miał jednak już dość swojej bohaterki i w ostatniej powieści ją uśmiercił. Teraz postanowił zająć się pisaniem poważniejszych książek. Pewnego razu podczas zamieci śnieżnej jadąc po pijanemu samochodem uległ poważnemu wypadkowi. Odzyskał przytomność dopiero w stojącym na odludziu domu Annie Wilkes, byłej pielęgniarki uwielbiającej jego książki o Misery. Pobyt w domu Annie zamienia się w prawdziwy koszmar, gdy kobieta wraca z miasta z ostatnią książką Paula..."


"Roześmiała się łagodnie. Jej wściekłość wzięła dłuższy urlop. Jednnak, pomyślał Paul, znając Annie Wilkes, mogła wrócić nieoczekiwanie, praktycznie lada chwila, z walizkami w dłoni: Nudziło mi się, ejże, jak się masz?"


Autora "Misery" raczej nie trzeba przedstawiać. O Stephenie Kingu słyszał chyba każdy, kto miał do czynienia ze środowiskiem literackim - i tak przez jednych ogłoszony geniuszem, kiedy inni kręcą nosem i wypowiadają się krytycznie o jego twórczości. Ja sama jestem gdzieś po środku, King ma swoje perełki jak i całkowicie nieudane pozycje. "Misery" to czwarta książka tego autora, którą przeczytałam ale też...najlepsza!


"Ten pomysł był na tyle szalony, że wydawał się całkiem sensowny."

Głównym bohaterem jest Paul Sheldon - sławny pisarz, którego cykl o tytułowej Misery oblega półki bestsellerów. Paul prowadzi dość rozwiązły tryb życia, a z okazji wydania ostatniej książki z owego cyklu, postanowił nieco zaszaleć i wybrać się na przejażdżkę samochodową po dość znacznym spożyciu alkoholu. Połączywszy jego stan z nagłą burzą śnieżną przewidywalnym efektem był wypadek, który stał się początkiem jego  prywatnego koszmaru. Wybawczynią głównego bohatera stała się bowiem NAJWIĘKSZA fanka jego twórczości - Annie Wilkes. Annie postanowiła troskliwie zająć się Paulem, który złamał obie nogi podczas wypadku, bo jak można by zmarnować szansę obcowania ze swoim idolem zawożąc go do szpitala? Niestety, delikatnie mówiąc, niezbyt spodobała się jej wieść o śmierci ulubionej postaci - Misery. Od tej pory życie Paula przybrało makabryczny obrót - jest zdany na łaskę szalonej kobiety i jej nagłych wybuchów gniewu. wszystko podsyca wszechobecny ból, którym nieustannie pulsują dwie groteskowo powykręcane kończyny, które kiedyś były jego nogami. Pisarz powoli popada w coraz głębsze uzależnienie od leków przeciwbólowych, a nadzieja na jakikolwiek ratunek powoli w nim umiera. 


Kreacja bohaterów, zwłaszcza pod względem psychologicznym, to majstersztyk! Szaleństwo Annie jest doskonale wykreowane, każda część jej złożonego charakteru odgrywa ważną rolę. Zmienność jej humorów i nieprzewidywalność, jaką za sobą niesie, tworzy wokół niej otoczkę swoistej tajemnicy i grozy - nigdy nie można przewidzieć, czy oczekiwać z jej strony napadu szału, czy "miłej" pogawędki. Przerażająca jest konsekwencja z jaką działa, nic nie umyka jej uwadze - niesubordynacja i złe zachowanie jej podopiecznego są surowo karane. Zawiłość i złożoność jej psychiki jest doprawdy ogromna, czego już nie można powiedzieć o Paulu. Również jest to postać ciekawa, jednak już nie w takim stopniu jak sama Annie. Jego kreacja stoi na wysokim poziomie - nie jest schematyczny, wyidealizowany czy przerysowany. King pod tym względem stworzył wyjątkowo realistycznego bohatera, który ma swoje wady i po prostu stara się przeżyć.




Mistrz horroru stworzył w "Misery" niesamowitą atmosferę - klimat grozy i napięcia towarzyszy czytelnikowi na każdym kroku. Jest to jedna z niewielu książek, która aż tak mnie wciągnęła podczas czytania - dosłownie przejmowałam emocje od bohaterów. Kiedy Annie uderzyła pięścią w resztki tego, co kiedyś było kolanem Paula, aż mnie samą zabolało.  King serwuje nam dość drastyczne opisy, które świetnie dopełniają całość. Z tegoż powodu nie jest to książka dla wszystkich, bowiem co delikatniejszych czytelników niektóre sceny mogą odrzucać. Wszystko to sprawia, że pędzi się do przodu oczekując na zakończenie - czy Paul wyjdzie z tego cało czy jednak Król nie oszczędzi nikogo? 

Całość prezentuje się wspaniale, poszczególnie części są do siebie dopasowane, nie odnotowałam też szczególnie przynudzającyh fragmentów, jak czasem zdarza się u Kinga. Nawet początek nie jest monotonny, a w przypadku tego autora jest to spore zaskoczenie, bo ma jego dzieła mają tendencję do długo rozkręcających się historii. 
Jeśli szukasz grozy, to pozycja idealna dla Ciebie - z każdej kartki wyziera przerażenie i niepewność. a morał jest krótki i Paulowi znany: Strzeżcie się zabijania głównych bohaterek Waszych książek!

środa, 3 grudnia 2014

Orson Scott Card - "Gra Endera"

Tytuł: Gra Endera
Tytuł oryginalny: Ender's Game
Autor: Orson Scott Card
Data premiery: 1985 (I wydanie)
Wydawca: Pruszyński i S-ka
Liczba stron: 328
Moja ocena: 8/10

"Gra Endera zdobyła najważniejsze nagrody w dziedzinie science fiction – Hugo i Nebulę.
Wobec śmiertelnego zagrożenia z kosmosu Ziemia przygotowuje swoją broń ostatniej nadziei. Jest nią chłopiec, w którym odkryto zalążki niezwykłego geniuszu wojskowego. Czas nagli, a przyszłość dwóch cywilizacji spoczywa w rękach dziecka..."


"Gra Endera" to historia, przy której złamała swoja świętą, acz niepisaną zasadę "Najpierw książką, potem film". Tak się złożyło, że obejrzałam film, parę miesięcy temu i byłam pod wrażeniem, dlatego też zapragnęłam przeczytać książkę. Rozpoczęłam swoje polowania, które owocnie zakończyły się lekturą "Gry Endera" parę dni temu. Tutaj winnam zaznaczyć, że nie jestem fanką literatury sf, czytuję ten gatunek rzadko, po prostu mi "nie podchodzi", dlatego też zazwyczaj pozycje tego typu omijam szerokim łukiem. Tutaj jednak filmowa wersja przypadła mi do gustu, więc, jak to zawsze bywa, książka będzie jeszcze lepsza. Nie miałam pojęcia, czy nie będzie mnie po prostu nużyć, ze względu na poznane wcześniej zakończenie, ale mimo to nie zniechęciłam się i przystąpiłam do lektury.

Ziemia przeszła już dwie inwazje Robali, a ludzie przygotowują się na trzecią. Z tegoż powodu powstał Ender - trzecie dziecko, podczas, gdy prawo ogranicza każdą rodzinę do posiadania jedynie dwóch. Rząd wydał pozwolenie, swoisty przykaz, by rodzina Jana Wieczorka miała trzecie dziecko, gdyż pozostałe dwa były bardzo obiecujące. Ender jednak nie był szczęśliwy - wiecznie dręczony przez zazdrosnego i ambitnego starszego brata, nie do końca akceptowany przez rodziców a kochany jedynie przez starszą siostrę. W wieku 5 lat przyszło mu podjąć trudną decyzję - czy chce dołączyć do Szkoły Bojowej i zostań dowódcą, który w przyszłości poprowadzi flotę przeciwko Robalom?

Urzekła mnie kreacja postaci, zwłaszcza głównego bohatera, ale pobocznym postacią również nie można odmówić. Ender ma złożoną psychikę, a autor bardzo dobrze ukazuje ją czytelnikowi. W konsekwencji powstaje wizja 6-cio latka, który cierpi z powodu odrzucenia przez rówieśników, a jednocześnie dąży do perfekcji we wszystkim, co przynosi mu szkoła bojowa. Ma swoje rozterki, załamania, ale podnosi się i wciąż prze naprzód. Niektórzy mogą powiedzieć, że zbyt dużo użala się nad sobą, ale spróbujcie wejść wtedy w jego rolę - małego dziecka, które zostało wrzucone w wir wojskowego życia. Inne postacie, jak dyrektor szkoły, również są dobrze ukazane - na początku rozdziałów mamy dyskusje tych "wyższych" dorosłych, które ujawniają nam cele, które nimi kierują, dlaczego postąpili tak, a nie inaczej. 
Jedną z rzeczy, której nie mogłam pojąć były inne dzieci - ich zachowanie. Nie mogłam wyobrazić sobie, jak te dzieci, które nie ukończyły nawet 10 lat rozmawiają jak dorośli, walczą i znęcają się nad młodszymi. Jest to dość abstrakcyjne dla mnie, co rusz zapominałam, że bohaterami są genialne, ale wciąż dzieci. Aż dreszcz przebiega po plecach.

Autor przedstawił nam świat przyszłości - w jego czasach raczej bardzo odległej, bowiem książka została wydana w 1985r. Po wojnie z Robalami na Ziemi ustalono nowe prawa, a kraje, które się do nich nie zastosują nałożonych jest szereg sankcji. Takim krajem jest m.in. Układ Warszawski, który jest hegemonem w europie, a z którego jednocześnie pochodzi ojciec Endera (dobrze Wam się wydaje, to polak!). Ogólnej kreacji świata nie można nic zarzucić, jest dość realistyczny i istotnie nasze życie mogłoby tak wyglądać, gdyby wisiała nad nami wizja ataku z kosmosu. Jedynym zarzutem może być nieco przesadzony watek, gdzie dwójka dzieci podszywając się pod fikcyjne postacie w internecie, mogły wpłynąć na sytuacje na arenie międzynarodowej. Ale ncóż, wszak to genialne dzieci!

Głównym minusem, przynajmniej w moim mniemaniu były wszelakie opisy symulacji i bitew. Głównym zajęciem w Szkole Bojowej jest granie w pewną grę - symulacje bitew w stanie nieważkości. Ich opisy były mało plastyczne i jakoś ciężko było mi sobie wyobrazić przebieg. W dalszej części były już ograniczane do "dziś rano znów rozegraliśmy bitwę z taką a taką armią, Znów wygraliśmy". Lubie, kiedy mogę sobie odtworzyć dane wydarzenie w głowie, a tutaj jest to raczej niemożliwe. Z drugiej zaś strony, rozumiem autora - nie chciał zanudzić czytelnika, bo rozegranych walk jest naprawdę dużo, ale te opisy, które już się pojawiły, mogłyby być bardziej dopracowane.

"Gra Endera" to bardzo dobra książka, którą polecam każdemu, kto lubi takie klimaty, ale też fanom innych gatunków, zapewniam Was, nie taki sf straszny, jak mogłoby się wydawać! Zakończenie, choć już wcześniej mi znane, dla kogoś, kto pierwszy raz zetknie się z tą historią, może być niezłym zaskoczeniem. Jednocześnie finał otwiera nową historię, która kontynuowana jest w tomie drugim, a po którą sięgnę z pewnością.


Evra.

wtorek, 4 listopada 2014

Stephen King - "Wielki Marsz"

Tytuł: Wielki Marsz
Tytuł oryginalny:  The Long Walk
Autor: Stephen King jako Richard Bachman
Data premiery: 8 lipiec 2008
Wydawca: Pruszyński i S-ka
Liczba stron: 264
Moja ocena: 7/10

"Mroczna alegoryczna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych.
Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz - meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych."



Pan King ma na swoim koncie kilka rewelacyjnych i wiele bardzo dobrych książek. Jednak nie od razu Rzym zbudowano, tak i nie od zawsze owy autor  królem pisania był. "Wielki Marsz" to jedna z jego pierwszych książek, dlatego stanowi ciekawy przykład tego, jak autor rozwija się przez lata. I tu pojawia się pytanie -  jak wyglądały jego debiutanckie dzieła? Pewne jest, iż King od początku zwykłym pismakiem nie był, gdyż zarówno "Wielki Marsz" jak i "Carrie", również jedna z jego pierwszych książek, trzymają poziom, jednak wciąż widać przepaść, jaką przebył, by wzbić się na obecny poziom kunsztu literackie.
Ciekawym aspektem jest również sam pseudonim literacki autora - Richard Bachman. King zadał sobie tyle trudu, by nawet stworzyć owej postaci własną, dość tragiczną, biografię. I tak oto Richard stał się człowiekiem cierpiącym na bezsenność, który po nocach pisze swoje powieści, dodatkowo był on ojcem, jednak jego córeczka utopiła się w studni w wieku 6 lat. Kingowi było jednak mało i dorzucił mu raka mózgu i nagłą śmierć na rzadką odmianę schizonomii. Jedno tylko ciśnie się na usta: How Sweet.


"W tej właśnie chwili jesteśmy zajęci umieraniem."

Koncepcja "Wielkiego Marszu" sama w sobie nie jest zbyt oryginalna czy wielce interesująca. Stu młodych chłopców maszerujących w równym tempie aż do ostatniego. Jeśli zwolnisz, zginiesz. Żadna filozofia - albo przebierasz nogami, albo zapoznajesz się bliżej ołowiem. Meta jest tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Cóż więc tak przyciągającego i urzekającego jest w tej książce? Zdawałoby się, że na podwalinach tak płytkiego pomysłu nie da się zbudować książki, która nie ciągnęłaby się w nieskończoność. A jednak, nigdy nie mów nigdy, szczególnie w odniesieniu do Króla Stefana.
Świat przedstawiony nie jest zbyt dobrze zarysowany, nie wiemy dokładnie, jaka jest geneza samej idei marszu, skąd wziął się wielki major i dlaczego ma aż tak wielki autorytet, lecz nie jest to wielka wada, choć mnie osobiście ciekawiło, jak doszło do wykształcenia się tak makabrycznej rozrywki. Bo tym własnie "Wielki Marsz" jest. Wielkim show, rozrywką dla całego kraju. Im więcej krwi, im straszniejsza śmierć uczestnika tym lud bardziej zadowolony. Brzmi strasznie, czyż nie? A jednak wiedząc o tym wszystkim, co roku zgłasza się dość spora liczba uczestników, Dobrowolnych, rzecz jasna. Co nimi kieruje? Jakie mają cele, zamiary? Czy są szaleńcami, czy nie mają nic do stracenia w życiu? A może są tak zadufani w sobie, że nie wyobrażają sobie przegranej, a śmierć jest dla nich pojęciem abstrakcyjnym?

"To prawie samobójstwo, tyle że normalne samobójstwo jest szybsze."

To właśnie jest jednym z aspektów tej małej, niepozornej książeczki, który mnie urzekł. King zmienił stu ludzi, sto worków mięsa powłóczących wycieńczonymi kończynami, w zbiór intencji, celów i zamiarów nimi kierujących. Oczywiście nie poznajemy każdego z uczestników w tak bliski sposób, bo na łanach tej, dość krótkiej, pozycji, byłoby to niemożliwe, jednak grupę bliższą głównemu bohaterowi, King prześwietla na wylot. Każdy z nich ma swoją historię, którą mniej lub bardziej chętnie dzieli się z innymi, ma cel i idee. Dzięki temu ten, bezcelowy zdawałoby się, marsz, swoista rzeź, nabiera nowych kształtów. W świetle ich nadziei, celów na przyszłość i różnorakich innych powodów zdawałoby się nawet, że warto. Warto wziąć udział w czymś takim, byle tylko spełnić marzenia, pomóc żonie, czy po prostu dla znalezienia sensu w życiu.
Przedstawianie bohaterów poprzez ich idee nadaje im różnorodności i sprawia, że nie są tacy sami, nie powielają schematów. Każdy jest wyjątkowy, od innych odróżnia go jego historia.
 Kreacji bohaterów w "Wielkim Marszu" nie można niczego zarzucić. Mają swoje charaktery, swoje myśli i wypowiadają je na głos, bo cóż innego mogliby robić? Dzięki temu czytelnik jeszcze lepiej ich poznaje, a w samej książce postacie dzielą się na te bardziej normalne, ludzkie, i na tych nieco szalonych, których nikt nie lubi. I tak głośne przemyślenia kompanów głównego bohatera od czasu do czasu przerywa okrzyk "Zatańczę na Twoim grobie!", czy też inne urozmaicenia, jakie serwują nam poboczne postaci.

Przechodząc do dosłownego znaczenia słowa "marsz" nie kojarzy się ono z wielkim wysiłkiem. "Wielki Marsz" to już zupełnie inna liga. Czytając tę książkę zdawało mi się, że czuję, dosłownie chłonę wielkie cierpienie, przez jakie przechodzą uczestnicy. Było to nieludzkie. Wyobraźcie sobie, że musicie iść, przynajmniej 5km/h ZAWSZE. Nie możecie zwolnić. Nie możecie się zatrzymać. Dzień noc, dzień noc. Słońce, deszcz, wiatr. Jecie, śpicie, załatwiacie potrzeby fizjologiczne nieprzerwanie idąc. To już swoiste przesuwanie granicy ludzkich możliwości. Nie mogę sobie wyobrazić, przez co przechodzili uczestnicy, mimo licznych opisów odczuć głównego bohatera, to wciąż poza moim umysłem. Nie czujesz swoich stóp, nie czujesz swoich nóg, a jednak wciąż przesz do przodu. Dlaczego? Sam już nie wiesz. Taki ogrom cierpienia zmienia ludzi. King dobrze to ujmuje, swoista ewolucja postaci widoczna jest świetnie ukazana, pewni siebie i swego zwycięstwa tracą wiarę i nie liczy się dla nich nic, poza pulsującym obszarem bólu, w jaki zmieniły się ich nogi. Niektórzy wariują, inni zaś wpadają w panikę. Jeszcze inni są na tyle zdesperowani, by mimo żołnierskiej eskorty na czołgach szukać drogi ucieczki. Ryzykują własnym życiem, byle tylko zdobyć choć cień szansy na odpoczynek.
Nigdy nie wiesz, co zrobi z Tobą ból i wyczerpanie. Cierpienie. Nigdy. 


"Garraty przyglądał się temu apatycznie i myślał, że nawet groza powszednieje. Nawet śmierć bywa płytka."

Jak wszystko na tym ziemskim padole, książka ta posiada słabe strony. Pomniejszą z nich, są, chwalone wyżej, różnorakie przemyślenia i głośne rozmowy uczestników, książka jest nimi przepełniona. W większości się bardzo mi podobały, były ciekawe i twórcze, jednak trafiło się kilka dialogów, czy też osobistych myśli głównego bohatera, które były nieco pozbawione sensu, czy też po prostu monotonne i nużące. Nie było tego dużo, raptem 2 czy 3 pomniejsze epizody, ale jednak.
Jest to jednak nic, zdaje się być niezauważalnym w porównaniu do głównej ujmy książki, mianowicie zakończenia. Parłam do przodu równo z uczestnikami, by przekonać się, cóż to będzie na końcu. Z dobrą książką wiązałam zakończenie, które będzie swoistą puentą i podsumowanie całego marszu. A cóż dostałam? Ano szybki finał, który nie wnosił nic a nic do lektury, dodatkowo zdawał się być pozbawiony celu. Chęć mordu wywołują u mnie takie zakończenia. To aż się prosi o coś bardziej pasującego do całości.

Podsumowując "Wielki Marsz" jest książką dobrą, ogólne wrażenie zaburza tylko feralny finał, ale jako całość, książka plasuje się dość wysoko. Bardzo dobra lektura dla kogoś, kto lubi obserwować zmiany, jakie zachodzą w ludzkich zachowaniach. Król Stefan nie bez powodu nazywany jest mistrzem i nawet jedna z pierwszych jego publikacji mogłyby pretendować grona jego najbardziej udanych książek.

                                                                                                                                                   Evra.

niedziela, 6 lipca 2014

Stephen King - ''Doktor sen''


Tytuł: "Doktor sen"
Tytuł oryginalny: "Doctor sleep"
Autor: Stephen King
Autor tłumaczenia: Tomasz Wilusz
Data wydania: 2013r.
Wydawca: Prószyński i S-ka
Gatunek: Horror (?)
Liczba stron: 656
Tom poprzedzający: "Lśnienie"
Ocena: 8

Miałam czytać pierwszą część Greya, ale utkwiłam w martwym punkcie i postanowiłam przeczytać jedną z moich ulubionych książek (do której wracam regularnie) :)

"Zwróć się do przyjaciół. Takich, którzy wiedzą, kim jesteś."

"Lśnienie" zrobiło na mnie ogromne wrażenie i nie zamierzam udawać, że się nie zawiodłam. Książka jest genialna, ale brakuje mi tego czegoś, tego co czyni powieści Kinga wyjątkowymi. Kolejny minus za zbyt duży przeskok w czasie, musiałam sobie dopowiedzieć, co działo się z bohaterami.

"Wszyscy umrzemy. Świat to tylko hospicjum ze świeżym powietrzem"

Dan jest już dorosłym mężczyzną. Przez bolesne wspomnienia z dzieciństwa popada w alkoholizm. Długo szuka swojego miejsca w świecie. Szczęście odnajduje poprzez pomoc ludziom w hospicjum. Jest nazywany ''Dokorem snem'', bo pomaga spokojnie umrzeć schorowanym ludziom. Personel, oraz pacjenci lubią go, chociaż zdarzają mu się drobne utarczki z jednym z lekarzy. Pewnego dnia Dan zauważa wiadomość na swojej tablicy. Jak się potem okazuje - napisała ją Abra Stone, która również obdarzona jest wielką mocą, o wiele większą od niego. Niestety jej rodzice przez długi czas wypierają to, że ich dziecko może być inne od innych. ;) Na szczęście uda jej się skontaktować, oraz spotkać z kimś, kto jej uwierzy. Z Danem. W książce poznajemy także czarne charaktery - członków węzła, którzy czerpią energię z jasności, a ostatnio bardzo im jej brakuję. Wielu członków zginie, a wszyscy będą niezwykle wyczerpani. Będą szukać Abry, ale to ona pierwsza wpadnie na ich trop i uda jej się opanować umiejętność zaglądania w myśli innych, chociaż przysporzy jej to wielu problemów.

"Ulegnij. Ta myśl była jak chłodna ściereczka przyłożona do palącej rany, w którą zmieniło się jej ciało."

Połączone siły niezwykłej dziewczynki, oraz jaśniejącego lekarza przynoszą dobry skutek.. Chociaż walka będzie niezwykle trudna. Nie chcę spojlerować i odkrywać przed wami zbyt wielu wątków, bo sami powinniście je odkryć. Każdy traktuję tą książkę inaczej i to właśnie jest w niej niezwykłe.

"Bo jeśli samobójstwo jest jedynym rozwiązaniem, możesz przynajmniej wybrać broń, z jakiej zginiesz"
Polecam tą książkę wszystkim fanom fantastyki, książek psychologicznych, oraz osobom mającym świra na punkcie Kinga.




sobota, 17 maja 2014

"Pod Kopułą" Stephen King


Tytuł:                      Pod Kopułą
Tytuł oryginalny:   Under The Dome
Autor:                     Stephen King
Data premiery:      2010-03-09
Wydawca:              Prószyński Media
Liczba stron:         928
Ocena:                    7/10


"Pewnego pogodnego, jesiennego dnia małe amerykańskie miasteczko Chester's Mill zostaje nagle i niewytłumaczalnie odcięte od świata. Otacza je niewidoczne pole siłowe, które mieszkańcy zaczynają nazywać kopułą. Sytuacja szybko się pogarsza. Pole wpływa niekorzystnie na środowisko, a ludzi powoli ogarnia panika… 
Dale Barbara, weteran wojny w Iraku zarabiający na życie jako wędrowny kucharz, jest zmuszony do pozostania w Chester’s Mill. Wspierany przez wojsko, które znajduje się na zewnątrz kopuły, wraz z garstką ochotników próbuje uspokoić nastroje społeczne. Na drodze staje im Duży Jim Rennie, ambitny lokalny polityk, który za wszelką cenę chce wykorzystać sytuację dla własnych celów. Wraz z synem ukrywają wiele koszmarnych tajemnic, które nie mogą ujrzeć światła dziennego.
Czas ucieka, a największym wrogiem mieszkańców jest sama kopuła. Czy dowiedzą się, jak powstała, zanim będzie za późno? Czas goni. A właściwie czasu już brak… "



"Wcześniej czy później...krew zawsze tryska na ścianę"

Szczerze przyznaję,że my się z Królem Stefanem nie bardzo lubimy. Do tej pory przeczytałam tylko "Carrie" i "Joyland" i, wstyd się przyznać, zaczęłam czytać i porzuciłam 3 kolejne (!) jego książki. W pełni doceniam Jego kunszt literacki i tego,że potrafi fenomenalnie pisać nie trzeba nikomu udowadniać, ale po prostu nie mogę przejść przez jego powieści, a raczej zacinam się już na początku. Wiem,że początki są trudne i niejednokrotnie przekonałam się, iż warto je przeboleć, więc walczę z tym, jak tylko mogę. 
Przejawem takiej "walki" jest właśnie "Pod Kopułą". Początek męczył mnie okrutnie, nawał postaci przytłaczał, i nie rekompensował tego luźny, pozbawiony udziwnień język powieści. Bardzo nie podobało mi się, że ów początek ciągnie się tak długo, King przeprowadza nas przez wydarzenia związane z pojawieniem się kopuły z perspektyw ludzi w miasteczku, a dzięki "magii narracji" w rzeczywistości nie mija kilka sekund, ale na papierze jest to kilka stron...Nie wiem dlaczego, ale STRASZLIWIE mi się to dłużyło, jak i ogólnie cały początek, zanim nie połapałam się w tych wszystkich  bohaterach.

"Nadzieja to najgorsze skurwysyństwo jakie wylazło z puszki Pandory."

Mimo irracjonalnej niechęci do twórczości pana Kinga zdecydowałam się przeczytać "Pod Kopułą" ze względu na motyw, który przypominał mi serie książek, które bardzo lubię, a mam tu na myśli "Gone. Zniknęli" Michaela Granta. Gdzieś w głębi bałam się, że będzie to krótko mówiąc zerżnięte a zmienione tylko detale lecz pod tym względem się nie zawiodła. Koncepcja kopuły w obydwu książkach jest zupełnie inna, co bardzo mnie ucieszyło.
Po 150 stronach książka zaczęła mnie wciągać. Bardzo. King jest mistrzem kreowania świata przedstawionego i chwała mu za to. Akcja książki toczy się bardzo szybko, w zastraszającym niemal tempie. Czasami aż nie dowierzałam, iż tyle się już wydarzyło w przeciągu kilku książkowych dni.


W dalszej części powieści gęste zaludnienie nie przeszkadza tak bardzo, a wręcz jest zaletą, możemy obserwować punk widzenia niemalże wszystkich mieszkańców - od dzieci aż po ludzi starszych. Jak na króla przystało, wszyscy bohaterowie są świetnie wykreowani, nawet Ci, którzy nie mają zbytniego wpływu na fabułę. Stephen jest mistrzem zagłębiania się w ludzką psychikę, potrafi doskonale oddać każde jej zakrzywienie, każdy detal. W "Pod Kopułą" pokazuje nam, jak ludzie, których znamy całe życie, potrafią zmienić się w kilka dni, ba, nawet godzin na tyle, by choćby  ratując swoje życie, przejechać matkę z dzieckiem i skrzętnie ignorować trzask łamanego kręgosłupa.
Sama książka może przerażać przez swoje gabaryty, ale kiedy już mnie wciągnęła, przeczytałam ją bardzo szybko. Jednym z powodów tejże prędkości była niepohamowana chęć poznania zakończenia. Kopuła niezmiernie mnie zainteresowała, skąd się wzięła? dlaczego ma takie właściwości? i najważniejsze: czy zniknie? Wiedziałam,że odpowiedzi poznam na kilku ostatnich kartkach, więc każdy skrawek wolnego czasu poświęcałam tejże książce. Podczas czytania nie dowiadujemy się wiele o kopule, mieszkańcy zamknięci pod kloszem niezbyt interesują się tym, jaka jest, bardziej myślą, jak się wydostać. Odwrotnie Ci z zewnątrz - wiemy, że rząd USA bada każdy aspekt anomalii, jednak i tak niewiele się dowiadujemy o jej właściwościach, a szkoda.


Zakończenie, zakończenie, zakończenie. Co z zakończeniem? Ano jest i to jest chyba największy minus tej książki. Czekałam z niecierpliwością, jak wszystko się skończy, a tu...rozczarowanie. Czułam, jakby zakończenie było wyrwane z kontekstu, z innej książki i nie pasowało tutaj, mimo że było kilkakrotnie sugerowane w powieści. Dobrze wykreowany  świat, współgrające z nim postacie i lekki, przyjemny język przyćmiewa ten, jak dla mnie, dość dziwny finał. No cóż, nie można dostać wszystkiego i jestem pewna, że wielu osobą spodoba się rozwiązanie, jakie zapodał nam Król Stefan.


"- Już? - spytał Barbie


- Nie całkiem. Muszę jeszcze nastawić mój palec od pokazywania "pitol się". Może się przydać".

Tymczasem jako ciekawostkę powiem wam,że powstał serial na podstawie tej książki. Nie cieszy się zbyt dobrymi opiniami, ale chyba go obejrzę jako taką alternatywę dla książki, może nawet zrobię zestawienie - serial jako odzwierciedlenie książki i jako jej alternatywa. Drugi sezon ma wyjść niebawem i ponoć sam King pisze do niego scenariusz!
Łapcie trailer!:


Tak w innym kontekście, to właśnie kończę czytać "Partials. Częściowcy" i recenzja powinna ukazać się jutro.

Książka bierze udział w wyzwaniach:
                                                                                                                                    Evra