tytuł oryginalny: Rangers Apprentice. The Ruins of Gorlan
tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
cykl: Zwiadowcy [#1]
wydawnictwo: Jaguar
rok wydania: 2011
okładka: miękka
liczba stron: 319
gatunek: fantasy
ISBN: 978-83-7686-066-4
moja ocena: 9/10
Księga pierwsza serii o Zwiadowcach trafiła do mnie zupełnie przez przypadek. Książkę zaproponowała mi koleżanka, a ja wzięłam ją właściwie w ciemno. Słyszałam jedynie, że cykl ten jest bardzo ciekawy. Nie miałam jednak pojęcia, o czym to jest i czy w ogóle trafi w mój gust. A jednak trafiła i jestem zadowolona, że miałam okazję przeczytać "Ruiny Gorlanu".
Will jest sierotą, która została przygarnięta przez barona Aralda. Wychowywał się w zamku razem z czwórką jego rówieśników, którzy również stracili rodziców. Mieszkali z władcą zamku aż do momentu, kiedy osiągnęli wiek piętnastu lat i musieli zdecydować, do którego z Mistrzów chcą dołączyć. Główny bohater, słysząc o swoim dzielnym ojcu, który był rycerzem, chciał pójść w jego ślady i dołączyć do Szkoły Rycerskiej właśnie. Niestety, był za niski i chudy, aby móc zostać wojownikiem. Los jednak chciał, że był na tyle zwinny i sprytny, że zainteresował się nim Halt - zwiadowca. Postanowił wziąć Willa jako swojego ucznia. Od tego momentu nastolatka spotkają niesamowite przygody. Będzie musiał zmierzyć się nie tylko z przeciwnikami, ale również ze swoimi słabościami. Czy da sobie radę i zostanie prawdziwym zwiadowcą, a nie jedynie czeladnikiem?
Powiem wprost: książka naprawdę świetna. Zachwyciła mnie w wielu aspektach. Fabuła z pozoru nie wydaje się zbyt oryginalna, przywodzi na myśl m.in. "Władcę Pierścieni". Została jednak poprowadzona w taki sposób, że czytelnik jest dosłownie zaskakiwany wydarzeniami. Nigdy nie wiedziałam, co wydarzy się z następną stroną. Być może to za sprawą zwiadowców - ludzi, którzy potrafią poruszać się bezszelestnie, potrafią zostać niezauważeni przez bardzo długi czas. Nigdy nie mamy pewności, czy aby na pewno ktoś nas nie śledzi. Nigdy także nie mamy pewności, czy jakiś zwiadowca nie wyskoczy zaraz zza krza... zza następnej strony. Książka nie pozwalała mi się nudzić. W "Ruinach Gorlanu" ciężko jest uświadczyć bezsensownych dłużyzn czy zapychaczy. Każde wydarzenie jest po coś i to sprawia, że powieść nie pozwala się od niej oderwać.
Z bohaterami stworzonymi przez pana Flanagana jest podobnie, jak z fabułą. Stopniowo otwierają się przed czytelnikiem, pozostawiając jednak jakąś cząstkę siebie w cieniu, niezauważalną. Sprawia to, że niektóre ich zachowania są dla czytelnika zaskoczeniem. Szczególnie do gustu przypadł mi Halt - zwiadowca z długim stażem, można wręcz powiedzieć, że będący bohaterem. Nie jest to jednak osoba idealna - nie zawsze potrafi wyjść z tarapatów i potrzebuje pomocy kogoś innego. Kolejną, i chyba najważniejszą, postacią jest Will. Nastolatek o niezbyt rosłej budowie, jednak wielki duchem. Podobnie jak jego nauczyciel, chłopak ma słabości, ale ma też mocne strony. Oczywiście bohaterów jest dużo więcej, jak na przykład gnębiony przez starszych kolegów ze szkoły Horace czy baron Arald. Nie będę się tutaj rozpisywać na ich temat, gdyż to jest recenzja, a nie esej. Powiem jednak, że nawet bohaterowie dalszoplanowi, nie odgrywający szczególnej roli w powieści, zostali dobrze wykreowani. Raczej ciężko jest odnaleźć tutaj dwie postaci, które są bardzo podobne do siebie pod względem charakterów.
Powieść Johna Flagnana polecam każdemu, kto lubi fantasy. Sądzę, że jest to książka, którą naprawdę warto znać. Myślę także, że osobą stroniącym od tego gatunku, książka może przypaść do gustu. Czyta się naprawdę świetnie, lekko. Nie jest to książka ciężka, która wymaga dużo myślenia. Jest ona idealna na chwile relaksu, kiedy chcemy odpocząć. Z pewnością nada się jako przerywnik od cięższych pozycji. Z czystym sumieniem "Zwiadowców" księgę pierwszą polecam każdemu!
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 lipca 2014
czwartek, 22 maja 2014
[Książka] "GONE zniknęli: Faza pierwsza - niepokój" - Michael Grant
tytuł oryginalny: GONE
tłumaczenie: Ewa Holewińska, Anna Pawłowicz
cykl: GONE zniknęli [#1]
wydawnictwo: Jaguar
rok wydania: 2009
okładka: miękka
liczba stron: 527
gatunek: fantastyka
ISBN: 978-83-60010-96-9
moja ocena: 8/10
Perdido Beach - małe miasteczko w zachodniej Kalifornii, położone nad Oceanem Spokojnym. Jest to też miejsce, w którym w jednym czasie znikają osoby, które ukończyły piętnaście lat. Sam Temple - czternastoletni chłopak, nie wyróżniający się z tłumu. Lubił chodzić ze swoim przyjacielem Quinninem na surfing. "Był bystry, ale nie należał do orłów intelektu. Był przystojny, ale nie aż tak, by dziewczyny piszczały na jego widok."* Ot, przeciętny dziewiątoklasista, który musi zmagać się ze swoimi słabościami. Musi wykorzystać swoje umiejętności, aby przeżyć i wyjść obronną ręką z trudnych sytuacji. Razem z inteligentną Astrid, swoim przyjacielem Quinninem i przyjaznymi im dzieciakami muszą sprostać ETAPowi. Czy im się to uda? I jaką tajemnicę skrywa główny bohater?
"Gone" to seria, po którą zapewne bym nie sięgnęła, gdyby nie moja przyjaciółka. To ona poleciła mi sagę Michaela Granta i pożyczyła pierwszy tom. Cieszę się, że tak się stało. Dzięki niej mogłam zagłębić się w tajemniczy świat ETAPu, poznać ciekawych bohaterów i zapewnić sobie kilka godzin świetnej zabawy.
Książka wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Akcja rozpoczyna się dość szybko, jednak początkowo rozwija się raczej powoli, aby wkrótce przyspieszyć. Jest to ciekawy zabieg, który bardzo mi pasuje. Ja zdecydowanie nie lubię czytać długich wstępów o tym, kim są bohaterowie, jaki jest ten świat i tak dalej. Wolę dowiedzieć się tego podczas trwania akcji. Wiem, że motyw odciętego od reszty świata terenu pojawia się w wielu pozycjach, ja jednak natknęłam się na to po raz pierwszy. Cieszę się, że trafiłam akurat na "GONE", gdyż nie zraziłam się tym. i z chęcią zapoznam się z innymi powieściami o podobnej tematyce.
Bohaterowie mają maksymalnie czternaście lat. Ja jednak odniosłam wrażenie, że są starsi, bliżej im do dwudziestki niż do dziesiątki. Aż ciężko mi sobie wyobrazić gimnazjalistów, którzy podejmują tak dojrzałe decyzje, układają takie strategie. Czternastolatkowie zachowują się trochę inaczej niż tak, jak to było pokazane w powieści. Nawet w obliczu pozostania samemu, bez dorosłych. To jest chyba największy mankament "GONE zniknęli": Bohaterowie są zbyt dojrzali, jak na swój wiek.
Szczerze powiedziawszy, żaden bohater nie wzbudził we mnie bardzo pozytywnych wrażeń. Sam i Astrid, a wkrótce też Edilio i Lana wydali mi się zbyt wyidealizowani. Fakt, mieli jakieś tam wady, jednak były one niczym na tle ich "dobrej strony". To samo jest po drugiej stronie barykady: Główny wróg Sama Temple wydaje się być tylko i wyłącznie zły. Przecież nawet tyrani mają jakieś dobre strony. Nikt nie jest tylko czarny lub biały.
Sądzę, że seria amerykańskiego pisarza może przypaść do gustu każdemu, kto chociaż trochę lubi fantastykę. Mimo pewnych mankamentów, wciąż jest to dość dobra pozycja.
* "GONE zniknęli. Faza pierwsza: niepokój" Michael Grant; wydawnictwo Jaguar wyd. 2009, str.15
tłumaczenie: Ewa Holewińska, Anna Pawłowicz
cykl: GONE zniknęli [#1]
wydawnictwo: Jaguar
rok wydania: 2009
okładka: miękka
liczba stron: 527
gatunek: fantastyka
ISBN: 978-83-60010-96-9
moja ocena: 8/10
Perdido Beach - małe miasteczko w zachodniej Kalifornii, położone nad Oceanem Spokojnym. Jest to też miejsce, w którym w jednym czasie znikają osoby, które ukończyły piętnaście lat. Sam Temple - czternastoletni chłopak, nie wyróżniający się z tłumu. Lubił chodzić ze swoim przyjacielem Quinninem na surfing. "Był bystry, ale nie należał do orłów intelektu. Był przystojny, ale nie aż tak, by dziewczyny piszczały na jego widok."* Ot, przeciętny dziewiątoklasista, który musi zmagać się ze swoimi słabościami. Musi wykorzystać swoje umiejętności, aby przeżyć i wyjść obronną ręką z trudnych sytuacji. Razem z inteligentną Astrid, swoim przyjacielem Quinninem i przyjaznymi im dzieciakami muszą sprostać ETAPowi. Czy im się to uda? I jaką tajemnicę skrywa główny bohater?
"Gone" to seria, po którą zapewne bym nie sięgnęła, gdyby nie moja przyjaciółka. To ona poleciła mi sagę Michaela Granta i pożyczyła pierwszy tom. Cieszę się, że tak się stało. Dzięki niej mogłam zagłębić się w tajemniczy świat ETAPu, poznać ciekawych bohaterów i zapewnić sobie kilka godzin świetnej zabawy.
Książka wciągnęła mnie już od pierwszych stron. Akcja rozpoczyna się dość szybko, jednak początkowo rozwija się raczej powoli, aby wkrótce przyspieszyć. Jest to ciekawy zabieg, który bardzo mi pasuje. Ja zdecydowanie nie lubię czytać długich wstępów o tym, kim są bohaterowie, jaki jest ten świat i tak dalej. Wolę dowiedzieć się tego podczas trwania akcji. Wiem, że motyw odciętego od reszty świata terenu pojawia się w wielu pozycjach, ja jednak natknęłam się na to po raz pierwszy. Cieszę się, że trafiłam akurat na "GONE", gdyż nie zraziłam się tym. i z chęcią zapoznam się z innymi powieściami o podobnej tematyce.
Bohaterowie mają maksymalnie czternaście lat. Ja jednak odniosłam wrażenie, że są starsi, bliżej im do dwudziestki niż do dziesiątki. Aż ciężko mi sobie wyobrazić gimnazjalistów, którzy podejmują tak dojrzałe decyzje, układają takie strategie. Czternastolatkowie zachowują się trochę inaczej niż tak, jak to było pokazane w powieści. Nawet w obliczu pozostania samemu, bez dorosłych. To jest chyba największy mankament "GONE zniknęli": Bohaterowie są zbyt dojrzali, jak na swój wiek.
Szczerze powiedziawszy, żaden bohater nie wzbudził we mnie bardzo pozytywnych wrażeń. Sam i Astrid, a wkrótce też Edilio i Lana wydali mi się zbyt wyidealizowani. Fakt, mieli jakieś tam wady, jednak były one niczym na tle ich "dobrej strony". To samo jest po drugiej stronie barykady: Główny wróg Sama Temple wydaje się być tylko i wyłącznie zły. Przecież nawet tyrani mają jakieś dobre strony. Nikt nie jest tylko czarny lub biały.
Sądzę, że seria amerykańskiego pisarza może przypaść do gustu każdemu, kto chociaż trochę lubi fantastykę. Mimo pewnych mankamentów, wciąż jest to dość dobra pozycja.
* "GONE zniknęli. Faza pierwsza: niepokój" Michael Grant; wydawnictwo Jaguar wyd. 2009, str.15
[Recenzja oryginalnie została umieszczona na: dom-z-ksiazkami.blogspot.com]
"Partials" Dan Wells
Tytuł: Partials Częściowcy
Tytuł oryginalny: Partials
Autor: Dan Wells
Data premiery: 2013-03-20
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 416
Ocena: 4/10
"Rasa ludzka wymiera. Po wojnie z Partialsami, wyhodowanymi w laboratoriach, zmodyfikowanymi genetycznie żołnierzami, pozostała ledwie garstka ocalałych. Ale to nie krwawe walki zdziesiątkowały ludzkość. Partialsi, niewdzięczne dzieci naukowców, wypuścili śmiercionośny wirus, RM, który wybił ponad 99% ludności. Od ponad dekady na świat nie przyszło ani jedno zdrowe dziecko…
W enklawie ludzi na Long Island panuje twarde prawo – każda kobieta, która ukończyła siedemnasty rok życia musi zajść w ciążę i urodzić dziecko. Z nadzieją, że właśnie ono przetrwa. Że będzie miało gen odporności na RM. I że dzięki niemu uda się stworzyć szczepionkę… Przez ostatnie lata asystująca w szpitalu Kira widziała już dość śmierci. Gdy Rada chce po raz kolejny obniżyć wiek reprodukcyjny, dziewczyna, mając już dość rozpaczy kolejnych młodych matek, zaczyna szukać rozwiązania problemu na własną rękę. Wiadomo, że wirus działa wyłącznie na ludzi, Partialsi pozostali odporni. Już od lat nikt nie widział ich oddziałów. Kira wierzy, że to właśnie w ciałach stworzonych w laboratoriach superżołnierzy znajduje się klucz do rozwiązania zagadki RM. Chce znaleźć i pojmać jednego z nich – nawet za cenę rozpętania kolejnej wojny…"
Miałam co do tej książki bardzo duże oczekiwania. Pomysł jest całkiem ciekawy, z oryginalnością trochę gorzej, bo jak wiele książek o tej tematyce powstało? Ostatnio w coraz większej liczbie powieści widzimy podobny schemat - na czele wyniszczonej(choć nie zawsze) ludzkości stoi totalitarny przywódca, mówi, żeby skakać, ludzie pytają, jak wysoko. Ot nic nowego. Miałam jednak nadzieję, iż autor na tyle wykorzysta swój pomysł, by powieść czytało się z przyjemnością, aby wciągała i powiała choć odrobiną świeżości. Jeśli w tej książce był jakiś powiew, to chyba tylko zeszłorocznego śniegu.
Zacznijmy jednak od początku, podczas którego, nawiasem mówiąc, bardzo dokładnie zgłębiłam fakturę ściany mojego pokoju, gdyż wydawała mi się niezmiernie bardziej interesująca niż perypetie pani Walker. Początek był nieziemsko nudy, nie wiem, czy pan Wells zaplanował sobie zamach na mnie, co by uśmiercić mnie przez ciągłe ziewanie, czy też nie zrobił tego specjalnie i można mu wybaczyć, w każdym razie, początek niezbyt przypadł mi do gustu. Głównej bohaterki, Kiry Walker, od początku nie polubiłam i nie zdołałam wykrzesać dla niej choć iskierki ciepłych uczyć. Autor starał się wykreować odważną, gotową na wszystko bohaterkę, która potrafi stawić czoła niebezpieczeństwu. Miało być pięknie, a wyszło po prostu sztucznie. Ogólnie cały świat przedstawiony był baardzo słabo zarysowany, Senat, który pełni w książce rolę przywódcy nawet odrobinę nie kojarzył mi się z totalitaryzmem, z jakim powinien był, wszystkie postacie są takie same, nie mają za grosz swoich charakterów, a przynajmniej czegoś, co by je jednocześnie wyrażało i zapadało mi w pamieć Głowna bohaterka jest denerwująca, sztuczna jak zresztą jej przygody. Tzn chodzi mi o tą specyficzną łatwość, z jaką wszystko się dzieje, nagle wszystko się udaje, znajduję to, czego potrzeba, dziwnym trafem akurat w najmniej spodziewanym momencie zmienia plany, które okazują się genialne. To naprawdę wypada nierealnie podczas lektury. W całej książce była tylko jedna postać, która przypadła mi do gustu - nie spoilerując tutaj powiem tylko,że to pewien pan i kto czytał, ten pewnie będzie wiedział, o kogo chodzi.
Tytuł oryginalny: Partials
Autor: Dan Wells
Data premiery: 2013-03-20
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 416
Ocena: 4/10
"Rasa ludzka wymiera. Po wojnie z Partialsami, wyhodowanymi w laboratoriach, zmodyfikowanymi genetycznie żołnierzami, pozostała ledwie garstka ocalałych. Ale to nie krwawe walki zdziesiątkowały ludzkość. Partialsi, niewdzięczne dzieci naukowców, wypuścili śmiercionośny wirus, RM, który wybił ponad 99% ludności. Od ponad dekady na świat nie przyszło ani jedno zdrowe dziecko…
W enklawie ludzi na Long Island panuje twarde prawo – każda kobieta, która ukończyła siedemnasty rok życia musi zajść w ciążę i urodzić dziecko. Z nadzieją, że właśnie ono przetrwa. Że będzie miało gen odporności na RM. I że dzięki niemu uda się stworzyć szczepionkę… Przez ostatnie lata asystująca w szpitalu Kira widziała już dość śmierci. Gdy Rada chce po raz kolejny obniżyć wiek reprodukcyjny, dziewczyna, mając już dość rozpaczy kolejnych młodych matek, zaczyna szukać rozwiązania problemu na własną rękę. Wiadomo, że wirus działa wyłącznie na ludzi, Partialsi pozostali odporni. Już od lat nikt nie widział ich oddziałów. Kira wierzy, że to właśnie w ciałach stworzonych w laboratoriach superżołnierzy znajduje się klucz do rozwiązania zagadki RM. Chce znaleźć i pojmać jednego z nich – nawet za cenę rozpętania kolejnej wojny…"
Miałam co do tej książki bardzo duże oczekiwania. Pomysł jest całkiem ciekawy, z oryginalnością trochę gorzej, bo jak wiele książek o tej tematyce powstało? Ostatnio w coraz większej liczbie powieści widzimy podobny schemat - na czele wyniszczonej(choć nie zawsze) ludzkości stoi totalitarny przywódca, mówi, żeby skakać, ludzie pytają, jak wysoko. Ot nic nowego. Miałam jednak nadzieję, iż autor na tyle wykorzysta swój pomysł, by powieść czytało się z przyjemnością, aby wciągała i powiała choć odrobiną świeżości. Jeśli w tej książce był jakiś powiew, to chyba tylko zeszłorocznego śniegu.
Zacznijmy jednak od początku, podczas którego, nawiasem mówiąc, bardzo dokładnie zgłębiłam fakturę ściany mojego pokoju, gdyż wydawała mi się niezmiernie bardziej interesująca niż perypetie pani Walker. Początek był nieziemsko nudy, nie wiem, czy pan Wells zaplanował sobie zamach na mnie, co by uśmiercić mnie przez ciągłe ziewanie, czy też nie zrobił tego specjalnie i można mu wybaczyć, w każdym razie, początek niezbyt przypadł mi do gustu. Głównej bohaterki, Kiry Walker, od początku nie polubiłam i nie zdołałam wykrzesać dla niej choć iskierki ciepłych uczyć. Autor starał się wykreować odważną, gotową na wszystko bohaterkę, która potrafi stawić czoła niebezpieczeństwu. Miało być pięknie, a wyszło po prostu sztucznie. Ogólnie cały świat przedstawiony był baardzo słabo zarysowany, Senat, który pełni w książce rolę przywódcy nawet odrobinę nie kojarzył mi się z totalitaryzmem, z jakim powinien był, wszystkie postacie są takie same, nie mają za grosz swoich charakterów, a przynajmniej czegoś, co by je jednocześnie wyrażało i zapadało mi w pamieć Głowna bohaterka jest denerwująca, sztuczna jak zresztą jej przygody. Tzn chodzi mi o tą specyficzną łatwość, z jaką wszystko się dzieje, nagle wszystko się udaje, znajduję to, czego potrzeba, dziwnym trafem akurat w najmniej spodziewanym momencie zmienia plany, które okazują się genialne. To naprawdę wypada nierealnie podczas lektury. W całej książce była tylko jedna postać, która przypadła mi do gustu - nie spoilerując tutaj powiem tylko,że to pewien pan i kto czytał, ten pewnie będzie wiedział, o kogo chodzi.
-Czy to ta dziewczyna, która poszła z wami na Manhattan? Chyba jesteśmy jej winni ciastko.
-Jesteśmy jej winni całą cholerną piekarnię.
Gdyby tak rzucić naszą książką, to podejrzewam, iż fabuła byłaby prostsza niż tor lotu samej książki. Żadnych wątków pobocznych, nasza dzielna i niezłomna prze do przodu po równiutkiej linii. Fabuła skupia się głownie wokół lekarstwa na RM, którego szuka Kira i nic poza tym. Dokładniej, to mamy bardzo malutkie zalążki czegoś, co można by umownie nazwać wątkiem pobocznym, nie są one jednak rozwijane w części pierwszej serii. W parze z prostą fabułą idzie prosty język, aż za prosty, jak dla mnie. Szczerze mówiąc, trochę mnie męczył styl pisania, czułam się, jakbym czytała pierwszego bloga z opowiadaniem 14-latki (nie umniejszając tutaj żadnej 14-latce piszącej bloga, jednak wiecie, co mam na myśli).Może to tylko moje irracjonalne odczucie, nie zrozumcie mnie źle, lubię, kiedy język powieści jest lekki i przyjemny, jednak tu mi coś nie pasowało, to nie było to, przy czym mogłabym się odprężyć po całym dniu. Niektóre wypowiedzi postaci również mnie denerwowały, zwłaszcza Marcusa, w zamiarze może i miały być zabawne, kreując jego postać na czarującego dowcipnisia, jednak mi wydały się denne i bez wyrazu.
Akcja nabiera tempa, a co za tym idzie, częstotliwość ziewania i poszerzania wiedzy o ścianie spada, dopiero w 3/4 objętości książki. Późno, ale lepiej niż wcale. Zaczyna się coś dziać i wreszcie cała historia zaczyna mnie interesować. Co prawda bardzo łatwo było przewidzieć, jak wszystko się skończy, niemniej jednak ciekawszy przepływ fabuły zapewnia pewien pan, o którym już wspominałam, a i główna bohaterka niemrawo zaczyna coś z siebie krzesać. Jeśli pan Wells utrzyma poziom z końcówki w drugiej części, to może wyjść z tego nawet coś, co trzyma poziom.
Bardzo interesowała mnie sama wojna izolacyjna i idea Częściowców. Wiązałam wielkie nadzieje, że autor wplecie nam wątki historyczne, dzięki czemu będziemy mogli wczuć się w sytuację z przyszłości. Niestety. wszystkie moje nadzieje spełzły na niczym, nie mówiąc już o brutalnie zdeptanych wizjach o rozdziałach z perspektywy Częściowca. A wielka skoda, bo mogłoby to nadać odpowiedniego charakteru książce i skutecznie zaintrygować czytelnika. O czymś więcej na temat superżołnierzy ni widu ni słychu, żal i pożoga normalnie.
Mój dowcip jest jak twoje nogi [...]. Byłoby egoizmem ukrywać go przed innymi.
Książka bierze udział w wyzwaniach:
---------------------------------------------------------------------------------------------
Może powiecie, że zbyt surowo oceniłam powieść, ale jakoś ostatnio nie mam dobrych dni i chyba to przełożyło się na całą lekturę. Czuję się jak naleśnik na rozgrzanej patelni, któremu odebrano wszystkie humanitarne naleśnikowe prawa i pozwolono, by konał pozbawiony choć odrobiny chłodu. Nadeszła fala upałów, na którą wyczekiwałam niezmiernie zarzekając się, jeszcze kilka tygodniu temu, że nie powiem złego słowa. Na poprawę humoru wiadomość, którą ostatnio napisał mi mój luby, kiedy przeczytał pierwszą recenzję na blogu:
Książke zacznij pisać ^^
Pisz o sobie może później będzie to bessceler czy jak to się tam pisze ^^
Tak więc życzcie mi przeżycia w upale teraz i bessceleru w przyszłości!
Evra.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




